• Nasze rekomendacje
  •  
    motto dnia:
    Nawet źródłom doskwiera pragnienie
    (Marek Tulliusz Cyceron)


    CO WARTO PRZECZYTAĆ W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI?

    Dziś polecamy pierwszy odcinek dramatu Ryszarda Szilera pt.: Bal





    UWAGA!
    JEŻELI JESTEŚ ZAREJESTROWANYM UŻYTKOWNIKIEM I MASZ PROBLEM Z LOGOWANIEM, NAPISZ NAM O TYM W MAILU.
    [email protected]
    PODAJĄC W TYTULE "PROBLEM Z LOGOWANIEM"
     

"Miś i Czarodziejka" cz.2 - O tym, jak odwiedziliśmy Muzeum Zabawy i Zabawek fr.1

Najbardziej wymagająca literatura
ODPOWIEDZ
Wiadomość
Autor
Awatar użytkownika
Alicja Jonasz
Posty: 1393
Rejestracja: 24 kwie 2012, 09:01
Płeć:

"Miś i Czarodziejka" cz.2 - O tym, jak odwiedziliśmy Muzeum Zabawy i Zabawek fr.1

#1 Post autor: Alicja Jonasz » 19 sie 2020, 20:47

Mój przyjaciel miś Franek opowiedział mi kiedyś o wielkiej fabryce, w której rodzą się zabawki.
- Właśnie tam przyszliśmy na świat, kolego! - oznajmił, jakby była to oczywista oczywistość.
Dla mnie nie była, bo ja, miś Porzucek, niczego nie pamiętam ze swoich narodzin ani z tego, co wydarzyło się później. Pamiętam za to promienny uśmiech mojej czarodziejki i ciepło, którym mnie otuliła, kiedy wydawało się, że nikt nigdy mnie nie pokocha.
Czasami zastanawiam się, jak taka fabryka zabawek wygląda. Czy choć trochę przypomina nasz Domeczek? Czy są tam zakamarki pachnące miodkiem i czy można do woli wylegiwać się pod kołderką? A czy mieszkają tam dzieci? Tak, dzieci są najważniejsze, bo przecież z ich marzeń powstają zabawki!
A więc urodziłem się w fabryce, potem zaś trafiłem do sklepu, gdzie każda zabawka cierpliwie czeka, żeby ktoś ją kupił i uczynił tą jedyną. Zabawki właśnie po to przychodzą na świat, aby dawać radość. Wszystkie, jak wiecie, posiadają wyjątkowy dar, który sprawia, że chce się je tulić i chronić przed złem niczym najukochańszy skarb. Jedne kuszą czarem kolorowych ubranek, są wyjątkowo miękkie i pachnące, inne potrafią mówić, pięknie śpiewać i grać. Znają mnóstwo sposobów, żeby wypełnić po brzegi świat dziecka szczęściem, lecz...
...lecz co się z nimi dzieje, gdy stają się stare i zniszczone jak poszewka na mojej ukochanej podusi Miękusi - kiedyś kolorowa i pachnąca miodkiem, dziś wyblaknięta od słońca i dziurawa niczym sito? Co dzieje się z zabawkami, którymi nikt się już nie bawi?
- Wtedy trafiamy do muzeum, czyli do domu spokojnej starości dla zabawek, gdzie w specjalnych szklanych gablotach prezentujemy się turystom! - obwieścił miś Franek. - Nie martw się, kolego! Ty nie trafisz tam na pewno! - dodał i poklepał mnie przyjacielsko po ramieniu.
Ach, ten Franek! Dla niego wszystko jest proste i oczywiste. Dla mnie nic nigdy takie nie było... Kiedy kilka tygodni później pani Ania oznajmiła, że wybieramy się do muzeum zabawek, wpadłem w rozpacz. Moja czarodziejka chce mnie oddać do domu spokojnej starości, pomyślałem, a wtedy serduszko zaczęło trzepotać mi w piersi. W ogóle nie mogłem go uspokoić...
Już dawno odkryłem, że moje serduszko, choć jest kruche jak cynamonowe ciasteczko, ma doskonałą pamięć. Tak! Gdyby tylko chciało, mogłoby zapamiętać wszystkie trudne wierszyki, które pani Ania zadaje dzieciom, a także tabliczkę mnożenia do stu i to, kiedy w wyrazach pisze się "ó", a kiedy "u". Gdyby tylko chciało, ale... ono woli zapamiętywać rzeczy o wiele ważniejsze, na przykład nazwy ulubionych słodyczy pani Ani, albo zapach i kolor jej ukochanych kwiatów. Śmiało możecie porównać je do pamiętnika, w którym zapisane jest wszystko od momentu narodzin w fabryce, aż po chwilę, kiedy pani Ania powiedziała:
- Misiu, spakuj się, a potem szybciutko wskakuj do łóżka, żebyś wyspał się przed jutrzejszą podróżą do muzeum zabawek!
Ojej, ciężka sprawa! Domyślacie się zapewne, jak moje serduszko się czuło. Oczywiście nie chciało nigdzie jechać, a do muzeum zabawek to już na sto procent nie, bo jak wiecie, ono najbardziej na świecie uwielbia mieszkać w Domeczku pachnącym miodkiem i być blisko czarodziejki. Być na zawsze... Ach, przecież nikt nie lubi rozstawać się z tym, co kocha!
Gdy znalazłem się sam w garderobie, w ogóle nie miałem ochoty się pakować. Usiadłem nad pustym plecaczkiem i zacząłem płakać. Ach, pani Ania mnie już nie chce! Przecież zawsze byłem grzecznym misiem, no prawie zawsze... A może powinienem spróbować jeszcze z nią porozmawiać, tak na poważnie, szczerze, jak miś z czarodziejką? Porozmawiać i wyjaśnić wszystko, wszyściuteńko, nawet tę sprawę sprzed roku, kiedy zaginął słoiczek z miodem, a także opakowanie pierniczków rzekomo wykradzione z kuchennej szafki przez tajemniczego turkucia podjadka.
- Turkuć podjadek jest niewinny! - powiem. - To ja zjadłem miodek! To ja schrupałem pierniczki! - przyznam się odważnie.
Tak, zdecydowanie powinienem wszystko wyjaśnić, przeprosić za psoty i obiecać poprawę... Czy wtedy zostanę?
A co jeśli pani Ania nie zmieni zdania? Powie:
- Wszystko załatwione i nie ma odwrotu! Jedziemy do muzeum zabawek i basta!
O nie, nie będę niczego jej wyjaśniał i nigdzie jutro nie pojadę, a do domu spokojnej starości dla zabawek, żeby oglądali mnie turyści, to już na sto procent nie, nigdy, przenigdy! Postanowione! Po prostu spakuję plecaczek i jeszcze dzisiaj ucieknę do bociana Czarka. Tak, nie mylicie się, do tego właśnie, którego nauczyłem latać! Kto jak kto, ale Czarek na pewno mnie zrozumie - on też został kiedyś porzucony, a potem... potem wszystko skończyło się szczęśliwie, bo ktoś go odnalazł i pokochał całym sercem. Zamieszkam u boćka na Ranczu Bobrowniki, a później kto wie... może pani Małgosia mnie adoptuje? Ach, wolałbym jednak zostać tutaj, w naszym Domeczku, z psinką Zosią, żółwiem Hydraulikiem, świerkiem Felkiem, brzozą Gabryśką i... moją czarodziejką.
Już nawet spakowałem do plecaczka kapelusz i buty kowbojskie, gdy nagle uświadomiłem sobie, że ranczo od naszego Domeczku leży bardzo daleko i jeśli tam się przeprowadzę, to może już nigdy nie zobaczę przyjaciół. Nie będę mógł podglądać, jak psinka Zosia kopie w ogrodzie jamki w poszukiwaniu skarbów, jak żółw Hydraulik ze ślimakiem Zenkiem urządzają wyścigi i jak... no właśnie, nie ujrzę już mojej czarodziejki. Ojej... Gdzie by tu uciec, gdzie się skryć, żeby wymigać się od podróży do muzeum zabawek, a jednocześnie być blisko Domeczku i zawsze wiedzieć, co się w nim dzieje? Wiem! Pojadę do Pat! Ona przygarnie misia na pewno! Pat jest super! Tak, zamieszkam u niej!
A co ze szkołą? Czy Pat umie zrobić drugie śniadanko dla misia tak smaczne jak pani Ania, zawinąć je w sreberko i niepostrzeżenie wsunąć do bocznej przegródki tornistra, a do drugiej, tej w niebieskie samochodziki, paczkę pierników i jabłuszko? A czy Pat pomoże mi w odrabianiu lekcji? Trzecia klasa to nie przelewki - zadania są trudne, a misiowa główka miękka jak podusia Miękusia! I czy pozwoli mi pójść na boisko zagrać w piłkę z chłopakami z klasy? Ach, chciałbym jednak zostać tutaj! Co dzień zasypiać i budzić się we własnym łóżeczku... Być misiem czarodziejki!
Nie chciałem już płakać, lecz łzy w ogóle mnie nie słuchały – spływały najpierw po pyszczku, a potem po pękatym brzuszku. Udręczony smutnymi myślami, wtuliłem się w podusię Miękusię, zamknąłem oczy i nie wiedzieć kiedy, zasnąłem. Obudziło mnie gilgotanie w stópki.
- Misiu, ty śpiochu, wstań, no wstań już... - usłyszałem znajomy głos. - Musimy jechać! Daleka droga przed nami! Nagroda sama się nie odbierze.
Nagroda? Ojej, za oddanie misia do muzeum zabawek jest nagroda? Nie, to niemożliwe! Jestem pewien, że moja czarodziejka nigdy nie oddałaby mnie dla nagrody! Znałem ją doskonale i wiedziałem, że ma dobre serce, lepsze od najsmaczniejszego miodku. Łezki znowu postanowiły być niegrzeczne i same zaczęły cisnąć się do oczu, lecz tym razem nie pozwoliłem im płynąć po pyszczku. Mocno zacisnąłem powieki i zanurkowałem pod kołderkę. Nie ma misia! Miś rozpłynął się w powietrzu!
- Misiu, no coś ty! Nagroda jest przecież dla ciebie! - zdziwiła się pani Ania. - Opowiadanie o diabliku Olbinie zostało wyróżnione w konkursie literackim zorganizowanym przez Muzeum Zabawy i Zabawek w Kielcach!
Wyróżnione w konkursie litera...? Ach, to musi być sen! Na pewno sen! A ja myślałem, że pani Ania chce mnie oddać! Ojej, ale ze mnie głuptas! Wyobrażacie sobie, jaki byłem szczęśliwy? Nie? Macie rację, tego nie można sobie wyobrazić, trzeba to poczuć własnym sercem! A ono oszalało! Nie zważając na załzawione oczka, wyskoczyłem spod kołderki wprost w ramiona mojej czarodziejki i zacząłem tulić się do niej tak mocno, że wkrótce szepnęła wzruszona:
- Misiu, ja też jestem szczęśliwa i bardzo, bardzo z ciebie dumna!
Pani Ania zawiązała mi wokół szyi najpiękniejszą apaszkę, jaką kiedykolwiek widziałem - niebieską we wzorki, a także pomogła założyć skórzaną ramoneskę z czarnej skóry i mnóstwem srebrnych suwaków. Musiałem wyglądać przystojnie, bo psinka Zosia najpierw długo mi się przyglądała, węszyła i nadstawiała uszu, a potem, merdając ogonem, rzuciła się na mnie i zaczęła lizać po pyszczku, jakbym był dużą, smaczną kością. W psim języku oznacza to radość.
Żółw Hydraulik wypełzł z łazienki akurat w chwili, gdy przed lustrem ćwiczyłem różne pozy. Wkrótce przecież moje zdjęcia pojawią się we wszystkich gazetach, a nagłówki artykułów będą głosiły: "Oto miś Porzucek, genialny pisarz" albo "Oto miś Porzucek, pisarska sława". Nie mogę dać się zaskoczyć fotografom!
- Hydrauliku, przyjacielu, na ceremonii rozdania nagród muszę prezentować się bez zarzutu - oznajmiłem, widząc jego zdziwioną minę. - Jak myślisz, który profil mam lepszy - lewy czy prawy? A może powinienem założyć kapelusz? W czym będzie mi do twarzy - w kapeluszu czy w kasku?
Żółw Hydraulik nie odezwał się ani słowem, ziewnął tylko i poczłapał dalej, pozostawiając mnie z problemem. Musicie wiedzieć, że Hydraulik nie ma pojęcia o modzie. Zawsze nosi tę samą skorupę, oliwkowozieloną z ciemnymi plamami, choć w czerwonej albo różowej wyglądałby o wiele weselej. Nie zaszkodziłoby, gdyby od czasu do czasu coś w sobie zmienił. Założył na przykład kolorową perukę na łysinę albo słomkowy kapelusz, taki jaki ma Zbysiu, tutejszy strach na wróble. Tak, w kapeluszu wyglądałby cudnie! A ja? Jak myślicie, lepiej będzie mi w meloniku czy w kapeluszu kowbojskim? A może jednak w motocyklowym kasku? Jest bardzo twarzowy i taki... przemisiowy! Hm, trudny wybór... Chyba zadzwonię do Wikusi! Ona na modzie zna się doskonale! Tylko czy nie śpi o tej porze?
- Droga Wikusiu, Wikusieńko... - powiem, bo dziewczyny uwielbiają, gdy ich imię wymawia się tak słodko, jakby właśnie jadło się miodek. - Jestem w kłopocie! Doradź, w czym misiowi do twarzy!
Już miałem sięgnąć po telefon leżący na szafce, gdy zza okna dobiegło przeciągłe wołanie:
- Misiuuu, misiuuu, ruszamy!
Nie było czasu na konsultacje w sprawie mody. W pośpiechu wcisnąłem kask na głowę i wybiegłem z domu, a właściwie wytoczyłem się niczym baryłka miodu, bo śniadanko, które zjadłem, można powiedzieć pochłonąłem w nadmiarze, nie zdążyło jeszcze ułożyć się w brzuszku do snu. Pani Ania czekała już przy samochodzie. Ach, jaka ona piękna! Cokolwiek by na siebie nie założyła, melonik, kowbojski kapelusz czy kask, wszystko jedno, zawsze wygląda świetnie! Nie to co ja - duża głowa, pękaty brzuszek, krótkie, pokraczne nogi... Jak nic - Piękna i Bestia!
- Misiuuu, jesteś pewien, że ten kask to dobry pomysł? - zapytała Piękna, gdy tylko mnie zobaczyła.
Bestia oczywiście nie była pewna, lecz nie mając czasu na telefon do Wikusi, najsłynniejszej w Brzezinach stylistki mody, ozdobiła głowę tym, co miała pod ręką, czyli motocyklowym kaskiem. Jest duży, wygodny i przede wszystkim skutecznie ochrania misiową głowę, a to nie byle jaka głowa! Mieszka w niej wróżka Wyobraźnia...
Jest jej tam bardzo wygodnie. Może czarować do woli, tańczyć i zapraszać gości. Ze wszystkich wróżek właśnie Wyobraźnię uważam za najpiękniejszą, najmilszą i najlepiej wykształconą. Cieszę się, że postanowiła zamieszkać właśnie w mojej głowie.
- Oj, misiu... - ciągnęła dalej pani Ania. - W kasku będzie ci za gorąco, a poza tym zakrywa twoje uszka, którymi tak uwielbiam się bawić...
A misiowe uszka uwielbiają być bawione, targane, drapane i głaskane! Lubią też, gdy się im szepcze miłe słowa, a także śpiewa kołysanki. O tak, bawienie się moimi uszami to jedno z najprzyjemniejszych zajęć na świecie!
Ostatecznie postanowiłem, że kask zostanie w domu, a ja wybiorę się na imprezę kulturalną bez nakrycia głowy. Nigdy przecież nie wiadomo, kiedy uszka będą bawione. Może za chwilkę, za godzinkę albo za dwie? W każdym razie będą czekać w gotowości jak czeka prezent pod choinką na pierwszą gwiazdkę, zawsze otwarte na pieszczoty, zwłaszcza te czarodziejkowe - delikatne i milusie niczym miód spływający do brzuszka misia. Ciekawe, jakie smakołyki pani Ania zabrała na drogę? Może cynamonowe ciasteczka, te, które uwielbiamy chrupać we dwoje? Albo kanapeczki z masełkiem i miodem? Mmm... Prawdę mówiąc, chętnie przekąsiłbym już małe co nieco!
Zamyślony wgramoliłem się na siedzenie motocykla i rozsiadłem wygodnie, rozglądając się jednocześnie za pudełeczkiem pełnym łakoci, które jest nieodłącznym towarzyszem naszych wypraw w nieznane. Musicie wiedzieć, że ja i owo pudełeczko pełne pyszności bardzo się lubimy i dbamy o siebie, jak prawdziwi przyjaciele!
- Misiuuu, ojej, co ty dzisiaj wyprawiasz? Chyba trema cię zjada? - Roześmiała się pani Ania. - Przecież jest zima, a zimą Czesław odpoczywa w garażu! Pojedziemy samochodem! - zawołała, pakując plecaki do bagażnika.
To oczywiste, że zimą Czesław odpoczywa w garażu! Mógłby się przeziębić, nabawić kataru albo kaszlu, przemrozić opony, poślizgnąć się na lodzie! Doskonale o tym wiem! Każdy motocyklista o tym wie! Po prostu chciałem się z nim pożegnać i zapytać, czy będzie tęsknił. Jestem mądrym misiem! Mądrym i rozsądnym! A za chwilę będę sławny! Zanim jednak to się stanie, koniecznie muszę coś przegryźć... Jedno małe ciasteczko, może dwa? No gdzie to pudełeczko? Miś jest głodny jak wilk!
Nie namyślając się długo, zanurkowałem w przepastnym bagażniku i pewnie znalazłbym ciasteczka, a może nawet i kanapkę, gdyby pani Ania nie zanurkowała za mną. Doprawdy nie wiem, co ją napadło, jedno jest pewne, nie był to dobry pomysł, bo bagażnik nagle się za nami zatrzasnął, a my uwięzieni w środku niczym miodek w baryłce zaczęliśmy wołać:
- Ratunku! Ratunkuuuu! Czy ktoś nas słyszy?
Cisza.
- Ratunkuuu! Na pomoc!
Nagle coś zachrobotało. Zachrobotało i umilkło.
- Misiu, tutaj chyba jest mysz... - szepnęła pani Ania. - Nic nie mów. Gotowa wślizgnąć się do bagażnika i schrupać nam drugie śniadanie...
Myszy bałem się od zawsze, równie mocno jak moja czarodziejka.
I choć było mi bardzo niewygodnie, coś uwierało w brzuszek, coś wbijało się w plecki, nie pisnąłem ani słowa. Siedzieliśmy w ciemności, a właściwie leżeliśmy w dziwnych pozach, lecz żadne nawet nie drgnęło, mimo że powodów do wiercenia się i narzekania znalazłoby się bez liku. A to przyciśnięta nóżka misia, a to łapka zanurzona w czymś lepkim, a to mokre uszy...
- Misiu, czy słyszysz? Coś drapie w klapę bagażnika... - usłyszałem drżący głos pani Ani. - Mysz nas zwęszyła... Zaraz tu będzie!
Rzeczywiście, odgłosy dochodzące z zewnątrz świadczyły o naszej druzgocącej klęsce. Głośnie drapanie, a węszenie jeszcze głośniejsze! Wkrótce mysz będzie w środku, a wtedy na pewno umrę ze strachu! Ach, pora pożegnać się ze światem i... z moją czarodziejką! Wtuliłem pyszczek w coś miękkiego... ... miękkiego, lepkiego i cudnie pachnącego! Smakuje też znajomo... Ojej, to miodek! Pyszny lipowy miodek! Wyśmienity! Najlepszy na świecie! Słodkość nad słodkościami! Ach, szkoda, że misiowy język taki krótki! Nie sposób się nim porządnie oblizać! Spróbuję pomóc sobie łapką. Ale co to? Łapka też w miodzie? Ojej, ile pyszności! Musicie wiedzieć, że misie są specjalistami od odnajdywania miodku gdziekolwiek by się on nie schował. Zajrzą do każdej beczułki, słoiczka, ula i leśnej barci. Wywęszą go wszędzie! Tak też było i tym razem. Wierciłem się dopóty, dopóki nie oczyściłem pyszczka i łapek co do kropelki.
- Misiu, co ty robisz? - usłyszałem zaniepokojony głos pani Ani. - Czy wszystko dobrze?
Oczywiście, że wszystko dobrze! Teraz już tak! Było mi cudnie - miałem miodek w brzuszku i ukochaną czarodziejkę blisko siebie. Taki miś jak ja niczego więcej nie potrzebuje do szczęścia. Żadna mysz mi tego nie odbierze, choćby nie wiem co! Niech sobie pazurkami drapie, ile chce! Niech węszy! A ja i tak będę wesoły i zadowolony, bo mam to, czego ona nie ma - słodkie szczęście!
- Misiuu, to miał być prezent dla ciebie z okazji wygranej w konkursie... - szepnęła pani Ania, a ja już wiedziałem, że zostałem zdekonspirowany. - Ojej, na wszystkim jest miodek! Wszystko się klei! Czyżbym nie zakręciła słoika?
Możliwe, lecz ja z tego powodu w ogóle się nie gniewam! Miodek zlizywany z misiowego futerka smakuje jeszcze lepiej niż ten ze słoiczka!
- Mniam, niezły! - przyznała pani Ania, mlaszcząc. - Lipowy! Taki jak lubię - wyborny!
Tymczasem mysz nie dawała za wygraną. Coraz śmielej drapiąc łapkami w klapę bagażnika, za wszelką cenę starała się dostać do środka. Słyszeliśmy, jak węszy, jak straszliwie dyszy, jak głośno szczeka! Szczeka? A to spryciara, próbuje nas przechytrzyć, udając psinkę Zosię! Muszę przyznać, że aktorka z niej wyśmienita! Nawet pani Ania jej uwierzyła, bo gdy tylko usłyszała szczekanie, od razu zaczęła krzyczeć:
- Zosiu! Kochana Zosiu! Szybko biegnij po Mateja! Szybkoooo!
Ja nie dałem się nabrać na sztuczki przebiegłego gryzonia! Siedziałem cicho, próbując zlizać resztki miodu z futerka. Nie chciałem, żeby zmarnowała się choć ociupinka.
- Dobry piesek, dobry! - wołała pani Ania z przejęciem. - Biegnij po Mateja, biegnij!
Ucichło drapanie, węszenie i szczekanie. My też ucichliśmy wsłuchani w ciemność pachnącą lipowym miodkiem. Chyba spędzimy tutaj resztę życia, pomyślałem, próbując polizać sobie nogę, na której, jak mi się zdawało, została kropelka pysznego specjału. Pani Ania też się wierciła, co chwilę wzdychała, bo musicie wiedzieć, że w samochodowym bagażniku nie jest zbyt wygodnie, zwłaszcza czarodziejkom kochającym słońce, zapach pól i lasów.
Chciałem ją pocieszyć, przytulić, lecz zanim zdążyłem to zrobić, coś potężnie zachrobotało, zaskrzypiało, a potem oślepiła mnie niesamowita jasność. Jakiś stwór wskoczył mi na brzuszek i zaczął podskakiwać na nim niczym na trampolinie, dyszeć, szczekać, lizać po pyszczku, łaskotać bez opamiętania. Ojejku, jaka ogromna, kudłata mysz, jaka szalona! Nieee, to nie mysz, to potwór, zbzikowany potwór!
- Zosiuuu, zostaw Porzucka! - usłyszałem rozbawiony głos Mateja. - Jak wyście się tutaj zatrzasnęli? Wyglądacieee, mmmm... jak miodowe pierniczki?
- To długa historia - jęknęła pani Ania, gramoląc się z bagażnika. - Kiedyś ci opowiemy, a teraz szybciutko do mycia i przebierania się! Misiu, jesteśmy spóźnieni!
Byłem czysty, czyściuteńki, dokładnie wylizany przez misiowy języczek i ten szorstki, ciepły i różowy - Zosiny. Na futerku nie zostało ani odrobiny miodu, a szkoda, bo miałem na niego wielki apetyt. Dawno lepszego nie jadłem. Musicie wiedzieć, że miodek jest najsmaczniejszy na świecie, dobry na smutek i na misiową cerę. Pani Ania najpierw wyczyściła mi uszy, potem plecy, a ja szybciutko umyłem pyszczek, choć kompletnie nie miałem na to ochoty, gdyż misie, po takim wielkim smakowaniu pszczelego specjału, najchętniej leżą w łóżku i marzą o niebieskich migdałach.
O leniuchowaniu jednak nie mogło być mowy. Wkrótce czyściutki i wypachniony zasiadłem w samochodowym foteliku, a pani Ania obok, na miejscu kierowcy.
- To co? Ruszamy? - zapytała, uśmiechając się do mnie słodko.
Tak, słodko! Kiedy czarodziejka uśmiecha się, z moim serduszkiem dzieją się cuda, dokładnie takie, jak wtedy, gdy siedząc w ogrodzie, wylizuję z miseczki miodek i patrzę na unoszące się nad kwiatkami motyle. Serduszko staje się wówczas właśnie takim motylem, pięknym i barwnym, wirującym w słońcu!
Co robi miś, gdy jego czarodziejka, zajęta prowadzeniem auta, nie zwraca na niego uwagi? Czy zaczyna się dąsać? A może z nudów wiercić i dokuczać? Nie, nic z tych rzeczy! Miś jest zawsze rozsądny i doskonale wie, że kierowcy nie wolno przeszkadzać w czasie podróży. Jako dobrze wychowany pasażer grzecznie siedzi zapięty pasami w foteliku, liczy drzewa rosnące przy drodze, odczytuje znaki drogowe, czyta książkę, słucha muzyki albo... albo próbuje nie oszaleć na widok muchy Bzyczki paradującej po samochodowej szybie niczym modelka po wybiegu, tuż obok jego wrażliwego na muszy dotyk noska!
Mucha Bzyczka mieszka w aucie od dawna, czyli od czasu, kiedy pokłóciła się z żółwiem Hydraulikiem. Wydarzyło się to wtedy, gdy żółw, zdenerwowany jej ciągłym bzyczeniem, chciał schrupać ją na śniadanie. Ledwo uszła z życiem biedaczka! Odtąd jej największym marzeniem stało się zdobycie prawa jazdy i podróżowanie autem po świecie. Wyobrażacie sobie muchę siedzącą za kierownicą samochodu? Nie? A ja wam zdradzę pewien sekret... Otóż, nieraz widziałem, jak mucha Bzyczka po kryjomu siada na miejscu kierowcy i próbuje uruchomić silnik! Tak, mucha Bzyczka to spryciara nie z tej ziemi! Kto wie, może kiedyś jej marzenie się spełni?
Póki co mucha Bzyczka, nie posiadając prawa jazdy, postanowiła wybrać się z nami na wycieczkę do muzeum jako pasażerka, wyjątkowo ruchliwa, głośna i dokuczliwa. Po pierwsze, ani na moment nie usiadła w foteliku, nie zapięła pasów, co w czasie podróży autem bywa bardzo niebezpieczne. Można przy nagłym hamowaniu upaść i potłuc się boleśnie. Wierciła się za to i głośno bzyczała, brudząc przy tym szyby czarnymi kropkami.
- Bzyyyy! Bzyyy! - rozlegało się tuż przy moim uchu.
Poza tym wcale nie słuchała dobrych rad.
- Usiądź i zapnij pasy! - przestrzegałem ją bez ustanku.
Niestety, udawała głuchą, a co gorsza, z każdą chwilą stawała się coraz bardziej nieznośna, a to wybałuszając na mnie swoje pięć oczu, a to machając mi przed nosem długą, umorusaną czymś lepkim trąbką! Nic więc dziwnego, że wkrótce miałem jej dosyć. Ona przeciwnie - zdawała się szukać mojego towarzystwa, bez przerwy bzycząc mi koło ucha albo siadając na moim nosku. Ach, mucho Bzyczko, jaka ty jesteś niegrzeczna! Przydałaby ci się nauczka!
Nauczka przyszła bardzo szybko.
- Muszko, bądź grzeczna! Usiądź i zapnij pasy! - zdążyłem jeszcze powtórzyć, zanim stało się to, co stać się wcześniej czy później musiało...
Pani Ania, chcąc przepuścić pieszych na drugą stronę ulicy, gwałtownie zahamowała i zatrzymała auto tuż przed białymi pasami namalowanymi na szosie, zwanymi zebrą, a niesforna pasażerka niczym strzała wypuszczona w łuku poleciała do przodu i pacnąwszy w przednią szybę, z jękiem osunęła się na kokpit. Już po niej, pomyślałem zdruzgotany, widząc, jak nieruchoma leży do góry brzuszkiem. Ale co to? Poruszyła odnóżami! Najpierw jedną, potem wszystkimi sześcioma jednocześnie!
- Ojej, Bzyczko, ty żyjesz! - zawołałem uradowany, głaszcząc ją delikatnie po skrzydełkach. - Wystraszyłaś mnie nie na żarty!
Ach, ta muszka, zawsze jest taka nieznośna, a mimo to bardzo ją lubię! Gdyby coś złego jej się stało, serce by mi pękło z rozpaczy. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, a mucha Bzyczka będzie już pamiętać, że podróżując samochodem, zawsze należy zapinać pasy!
- I ty się zdrzemnij, misiu! Do Kielc jeszcze daleko... - powiedziała pani Ania zatroskanym głosem, widząc, jak układam do snu muchę Bzyczkę w łóżeczku zrobionym z pudełka po zapałkach. - Obudzę cię, gdy będziemy na miejscu!
Moja czarodziejka jest najlepszą mamusią na świecie. Doprawdy nie mam pojęcia, jak ona to robi, ale zawsze wie, czego jej miś w danej chwili potrzebuje najbardziej. Kiedyś podejrzewałem, że ma czarodziejską kulę, w której wszystko widzi, misiowe myśli, najskrytsze pragnienia i to, co wydarzy się w przyszłości. Dziś wiem na pewno, że to nie czarodziejska kula, lecz serduszko podpowiada jej, jak kochać takiego misia jak ja.
Byłem zmęczony, ale nie mogłem zasnąć. Ciekawiło mnie, jak wygląda to muzeum, do którego jedziemy. Czy ma wielu mieszkańców? Czy zabawki na emeryturze potrafią też się bawić, tańczyć i śpiewać? A czy do muzeum przychodzą dzieci i takie czarodziejki jak moja, potrafiące kochać misia głuptaska. Tak, misia głuptaska! Zostałem nim wtedy, gdy rozprułem sobie pyszczek o płot w ogrodzie Arcziego. Rozprucie wyglądało paskudnie! Ja wyglądałem paskudnie! I nagle przyszło mi do głowy, że moja czarodziejka, zobaczywszy takiego brzydkiego misia jak ja, przestanie mnie kochać. Szybciutko schowałem się więc w ogrodzie i siedziałem tam dopóty, dopóki pani Ania mnie nie znalazła i nie nazwała głuptaskiem.
- Jesteś głuptaskiem! Głuptaskiem nie z tej ziemi... - powtarzała bez ustanku, zszywając mi pyszczek. - Największym głuptaskiem na świecie...
Z początku myślałem, że głuptasek znaczy to samo co brzydulek i że najlepiej będzie zasłonić pyszczek niebieską apaszką, którą pani Ania podarowała mi na urodziny. Postanowiłem nigdy już jej nie zdejmować, no może jedynie do smakowania miodku. W tej apaszce będę trochę mniej głuptaskiem, a trochę więcej ukochanym misiem mojej czarodziejki, pomyślałem. A potem spotkałem Julkę, koleżankę z klasy, która podobnie jak ja miała wypadek i musiała nosić opatrunek.
- Misiu, z ranką na pyszczku podobasz mi się jeszcze bardziej! - zaszczebiotała wesoło na mój widok. - Natychmiast zdejmij tę apaszkę, bo wyglądasz w niej jak... jak zbój Rumcajs!
Czułem, że się rumienię, ale na szczęście Julka nie mogła tego zobaczyć, bo misie, jak wiecie, mają gęste futro, które skrywa każdy rumieniec. Szybciutko zdjąłem apaszkę, a Julka w zamian pokazała mi swoje rozprute czoło, które pan doktor zszył specjalnymi nićmi, i powiedziała, że nasze ranki wkrótce się zagoją i nie będzie po nich ani śladu. Ach, ta Julka, uwielbiam ją tak samo jak miodek, a może bardziej! Tak, bardziej! Bardzuchno! Zacząłem nawet zastanawiać się, czy Julka też jest głuptaskiem...
- Misiu, o czym tak rozmyślasz? Może chcesz, żebyśmy zrobili sobie przerwę? - zapytała pani Ania, wyrywając mnie z zamyślenia tak gwałtownie, że aż podskoczyłem. - Zatrzymamy się na stacji benzynowej, dobrze?
Tak, zatrzymajmy się! To wspaniały pomysł! Zwłaszcza, że od długiego siedzenia na jednym miejscu rozbolała mnie pupa, a poza tym mój brzuszek już dawno poradził sobie z pysznym miodkiem wytropionym w bagażniku i domagał się kolejnej przekąski. Na stacji benzynowej nakarmiliśmy nasz samochodzik paliwem, a potem moja czarodziejka zamówiła dla nas coś pysznego - dla siebie kawkę z mlekiem, dla mnie dużego czekoladowego rogalika. Mniam, był przemisiowy, miękki i słodziutki! Mmmmm, pyszności! Smakołyk pierwsza klasa! Zjadłbym jeszcze!
- Ani kęsa więcej! Chcę mieć misia, a nie pluszową piłeczkę! - Roześmiała się pani Ania i wytarła mi pyszczek umazany czekoladą. - A teraz przyznaj się... Masz tremę?
Tremę? Nieeee... Nie tremę, lecz ochotę na jeszcze jednego rogalika! Jednego, nie więcej!
Poza tym trema też lubi słodycze! Przekonałem się o tym, gdy Pat zdawała egzamin na prawo jazdy na motocykl.
- Misiu, dokucza mi trema! - zwierzyła się tuż przed egzaminem. - Czy znasz na nią jakiś sposób?
No pewnie, że znałem! Ach, Pat, od czego ma się przyjaciół? Kiedy dokucza trema, można robić przysiady, skakać na trampolinie albo poczytać menu z daniami dla misiów! Tak, to na sto procent działa! My jednak postanowiliśmy poeksperymentować i zjedliśmy serniczek oraz dwie czekolady! Trema była chyba zadowolona z naszego wyboru, bo natychmiast przestała dokuczać, a Pat zdała egzamin na piątkę. Tak, trema uwielbia słodycze! Obydwoje mamy zatem coś wspólnego!
A tak swoją drogą, Pat mogła wybrać się z nami do muzeum na uroczystość rozdania nagród. Z kimś takim jak ona na pewno byłoby mi raźniej! Mógłbym z nią pogadać o tremie i o tym, co robić, gdy dokucza tak bardzo, że nie sposób przyznać się do niej czarodziejce. Pogadać szczerze, otwarcie, jak miś z prawdziwą przyjaciółką! Tak, miałem tremę! Ogromną tremę! Potężną jak góra lodowa! Ale przyznać się do tego, że mi dokucza, nie umiałem! Misiowi największej czarodziejki na świecie nie przystoi trząść futerkiem przed tłumem ludzi wiwatujących na jego cześć. Taki miś powinien być przez cały czas odważny, mądry i gotowy do walki z każdym potworem, nawet tym najstraszniejszym, a kiedy przychodzi do odebrania nagrody za dzielność, nie powinien się wstydzić, tylko dumnie wypiąć pierś i przyjąć laury! Ach, co będzie, jeśli w tym muzeum zawiodę moją czarodziejkę? Trema poplącze mi nogi albo zwiąże język na supeł i zamiast wyjść na scenę, schowam się pod stół niczym myszka przed kotem?
- Misiu, ja też się czasami boję - szepnęła czarodziejka, przerywając moje ponure rozmyślania. - Boję się różnych rzeczy, a najbardziej chyba tego, że gdy już staniesz się sławny, tak jak na przykład Kubuś Puchatek, nie będziesz miał dla mnie czasu...
Ojej, co ta pani Ania mówi? Moje oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia, a serduszko zaczęło bić tak szybko, że o mało nie wyskoczyło z misiowej piersi. Ja miałbym nie mieć czasu dla mojej czarodziejki? To niemożliwe! Jak ona może tak myśleć, nawet przez chwilę?
- Każdy czegoś się boi... - ciągnęła dalej ciepłym, łagodnym głosem. - Na szczęście w tym baniu się nie jesteśmy sami!
Miałem ochotę zawołać, że już wcale się nie boję, niczego, nawet wyjścia na scenę, i żeby ona też przestała się bać, bo nie zamierzam być sławny, a jeśli nawet przez przypadek mi się uda, to zawsze będę misiem czarodziejki, nikogo innego, ale oczywiście nie mogłem wydusić z siebie ani słowa. Myślę, że to przez tremę, która gdy jest głodna, prawie zawsze zawiązuje język w supełek i nie pozwala powiedzieć misiowi tego, co najważniejsze. Milczeliśmy więc, gapiąc się na siebie, a grudniowe słoneczko wpadające przez szybę łaskotało nas w noski. Milczeliśmy długo, aż od siedzenia na twardym krześle znów rozbolała mnie pupa...
Zacząłem się wiercić i drapać, co w języku misiów oznacza zniecierpliwienie. Teraz, gdy wiem, że pani Ania też się czegoś boi, mój strach nie jest taki straszny, pomyślałem. Czarodziejka obroni mnie przed nim, a ja obronię ją. Proste! Od razu poczułem się raźniej! Pani Ania chyba też, bo powiedziała:
- Misiu, cieszę się, że cię mam!
A potem kupiła dwa duże czekoladowe rogaliki.
- To na tremę - oznajmiła, zapalając silnik naszego odrzutowego bolidu.
Samochodzik uwielbia, gdy tak się do niego mówi. Mknie wtedy po szosie tak lekko i zwinnie, jakby zamiast kół miał gołębie skrzydła.
Słoneczne promyki nie mogły nas dogonić. A ja nie mogłem się już doczekać, kiedy będziemy na miejscu! Co chwilę zerkałem na mapę i na znaki drogowe informujące o nazwie mijanej miejscowości oraz o tym, ile kilometrów zostało do Kielc. Trzydzieści, dwadzieścia siedem, dziewiętnaście, dziesięć, pięć... Ojej, to już blisko! Bliziuteńko! Zaraz będziemy na miejscu! Moje serduszko też się niecierpliwiło. Biło tak szybko i głośno, jakbym zamiast jednego, miał dwa serduszka. Tik - tik, tik - tik, tik - tik! Chyba jednak są dwa! Na sto procent! Wyraźnie słyszę! Ojej, to niesamowite! Pani Ania nawet się nie domyśla, że jej miś ma dwa serduszka tak jak ona. Nie przesłyszeliście się - moja czarodziejka ma dwa serca! Jedno zawsze wozi ze sobą, nigdy się z nim nie rozstaje, a drugie zostawia w Domeczku. O tej porze drugie serduszko pewnie jeszcze smacznie śpi? Ach, mówię wam, jakie ono jest śliczne, różowiutkie jak malinka, cieplutkie i pachnące! Pani Ania nazywa je Stasiem i często kołysze w wózeczku, a ono przebiera wtedy radośnie nogami, jakby chciało frunąć. Nie mogę się nadziwić, ile piękności może pomieścić się w takim serduszku! Oczka jak dwa nieba, ręce krótkie i mięciutkie, ruchliwe niczym pszczółkowe skrzydełka, paluszki jak podusie, a brzuszek taki w sam raz, żeby zmieścić dużo miodku. Takie cudeńko! I grucha prawie jak gołąbek!
- Gli, tli, kii, gla, bli, ebw...
Alicja Jonasz

"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak

Awatar użytkownika
eka
Posty: 12594
Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59

"Miś i Czarodziejka" cz.2 - O tym, jak odwiedziliśmy Muzeum Zabawy i Zabawek fr.1

#2 Post autor: eka » 20 sie 2020, 19:32

Kochana Alicjo, nie przestawaj, wzruszaj małych i dużych.
Świat miłością kojący lęki - Czarodziejko - Twoja domena i zasługa.
Dziękuję za opowieść.

:kofe:

Awatar użytkownika
Alicja Jonasz
Posty: 1393
Rejestracja: 24 kwie 2012, 09:01
Płeć:

"Miś i Czarodziejka" cz.2 - O tym, jak odwiedziliśmy Muzeum Zabawy i Zabawek fr.1

#3 Post autor: Alicja Jonasz » 21 sie 2020, 16:41

eko, miłego nigdy za wiele! :) dziękuję, że znalazłaś czas na przeczytanie tego tasiemca :) :kofe:
Alicja Jonasz

"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak

ODPOWIEDZ

Wróć do „UTWORY DLA DZIECI”