PS. Delikutaśni niech nie czytają. Jeśli już - to na własną odpowiedzialność i zatykając nos. Uprzedzam. No
---------------------------
(...)
Ulewny deszcz padał tylko po zachodniej stronie Wisły. W mieszkaniu zjawiliśmy się jeszcze przed południem. Niestety, czekała nas niespodzianka – brodzik pod prysznicem był przykryty warstewką brudnawej wody. Kurde, zatkane! Musiało na dole w pionie się zapchać i wybić. A z góry sąsiedzi nie oszczędzają i wciąż korzystają z kanalizy. Dobrze, że akurat wróciliśmy, gdyż mogło się za dobę wylać ponad brzeg brodzika, mimo że głęboki…
Telefon do administracji osiedlowej trochę uspokoił nerwy.
– Tak, już wiemy – odpowiedział mi pracownik. – Dzwonił pana sąsiad z góry, że u niego też zapchane. Gdzieś za pół godziny przyślemy pracowników. Trzeba poczekać, kończą już na innym bloku.
Dwóch pracowników przyszło nawet trochę wcześniej. Namęczyli się przy kręceniu swoją spiralą do przepychania rur, gdyż dopiero za kolejną próbą weszła w pion kanalizacyjny. Niestety, efekt był znikomy – troszkę wody spłynęło z brodzika i znowu się zatkało.
– To musi być na samym dole już zapchane. – Starszy z nich, znany mi jeszcze z poprzedniej interwencji sprzed kilku lat, niedługo po zainstalowaniu brodzika, pokręcił głową. – Musimy pójść do piwnicy, tam pion ma wyczystkę. Przedzwonię do administracji, dowiemy się, u kogo w piwnicy. Byle ten był w domu, bo inaczej będziemy musieli czekać.
– Bez czekania – odetchnąłem z ulgą – ta kanaliza biegnie w mojej piwnicy. Ale co to ta wyczystka? Pierwsze słyszę.
– Taka przykręcana klapa na rurze. Do czyszczenia w razie zapchania. Ale u pana, to świetnie, idziemy. Weź pan jakieś wiadro, trzeba będzie podstawić. Trochę i tak się nachlapie.
Przez kwadrans przenosiłem z wąskiej piwnicy na korytarz część rupieci, które zawsze wypycha się z mieszkania – drzwiczki ze starego umeblowania kuchni, części innych mebli, niezużyte farby i kleje, zawalające półki jeszcze ze starych remontów. „Kurde, ale tego się nazbierało przez lata – sam do siebie się uśmiechnąłem – nawyk z lat PRL- u. Lepiej zachować resztki, bo mogą się jeszcze przydać”.
Po oczyszczeniu „przedpola” hydraulicy przystąpili do frontalnego ataku – Starszy odkręcał śruby pokrywy rury, która w tym miejscu tworzyła kolano – zakręcała z pionu w poziome ułożenie. Młodszy nadstawił wiadro. Nie została jeszcze do końca odkręcona czwarta śruba, gdy spod poluźnionej już pokrywy chlusnęło brązową, gęstą cieczą. Fuuj! – smród naturalnych ekskrementów ludzkich momentalnie uderzył nas w nozdrza. Szeroka struga nie zmieściła się w nadstawionym wiadrze, rozpryskując również na ubraniach hydraulików a nawet ich twarzach.
Mnie uratowało to, że stałem w korytarzu piwnicznym. Młodszy z pracowników odruchowo wypuścił wiadro z rąk. Obaj odskoczyli wstecz. Ta sekunda opóźnienia wystarczyła, że zostali zmoczeni całkowicie. Wyglądali gorzej niż szambonurkowie, którzy dopiero wyszli z podziemnych kanałów odpływowych.
Zawartość wylewała się gwałtownie z rury przez kilkanaście sekund, może i dłużej. Czas przy takich zdarzeniach spowalnia, jak w rakiecie osiągającej prędkość podświetlną.
Jedynym w miarę czystym z naszej trójki zostałem tylko ja. Jednak nie w całości – brudnobrązowa maź w kilka sekund objęła moje nogi do wysokości kostek. Dobrze, że zszedłem tylko w klapkach i odruchowo zdążyłem podciągnąć nogawki spodni. Drugim plusem, za który podziękowałem w myśli, był poziom tego narosłego nagle bagienka na posadzce piwnicznej – właśnie tylko do kostek u nóg. Kiedy przestało wylewać się z otwartej rury kanalizy, poziom nawet się zmniejszył, gdyż lżejsza breja rozpłynęła się po dalszej części korytarza. Dalej jednak staliśmy w gęstszej „zawartości”, która jeszcze przed chwilą blokowała drożność w kanalizacyjnej rurze.
– Masz pan jakąś szuflę?! – Starszy rozglądnął się po półkach w mojej piwnicy. – Musimy szybko wywalić to gówno na zewnątrz, inaczej wpłynie do innych piwnic.
Kolejne szczęście, że miałem na półce taką szuflę do odgarniania śniegu w zimie, o dużej pojemności łopaty. Podzieliliśmy pracę – Starszy długim prętem doczyszczał rurę w pionie i w poziomie, ja szuflowałem, a Młodszy wynosił pełne już wiadra na zewnątrz budynku.
Robota nie była krótkotrwała, przyjemna ani lekka fizycznie, gdyż pracowaliśmy jak na akord, niby przodownicy pracy w okresie stalinizmu w Polsce. Przyniosło to jednak efekt – breja rozlała się tylko do najbliższych kilku piwnic.
Był i kolejny plus, chociaż trochę zabarwiony żalem z mojej strony – wyniesione wcześniej na korytarz stare części mebli nadawały się tylko do wyrzucenia. Młodszy chętnie mi pomógł w ich wynoszeniu, gdyż „mam w domu piec, będę miał co spalić”. Nie wspomniałem mu o ekologii, którą dopiero zaczęto propagować. Przyjąłem milcząco, że negatyw z palenia drzwiczek z lakierem będzie zneutralizowany pozytywem z domieszki naturalnej, ekologicznej mazi, którą zostały przed chwilą pokryte. „Noo, jak się te dwa zapachy zmieszają, to z komina może wychodzić ciekawa mieszanka gazów – przemknęło mi przez głowę. – Nie wiem, gdzie Młodszy mieszka, ale nie chciałbym być jego sąsiadem”.
Niestety, część dobrych rzeczy, które stały w piwnicy bezpośrednio na wylewce betonowej lub leżały na półkach, też musiały znaleźć swoje miejsce w kontenerach na śmieci. Na półkach nagle ujawniło się wiele wolnego miejsca. Ominęła więc mnie praca, z którą wcześniej ciągle zwlekałem – opróżnienia piwnicy z rzeczy „możeprzydasię”. Przy okazji obdarowałem Starszego małym, jeszcze kineskopowym telewizorkiem przenośnym, o którym już dawno zapomniałem – pozostałym z minionych wczasów pod namiotem.
– Naprawdę mogę go wziąć? – Starszy rozpłynął się w podziękowaniach. – Brakowało mi na działce do domku. Spędzam tam cały urlop w lato.
Po ukończonej „brudnej robocie” wylaliśmy jeszcze kilka wiader wody na betonową wylewkę w piwnicy, ponownie zbierając jej nadmiar i opróżniając na zewnątrz budynku. Tyle, aby choć trochę doczyścić. Pootwierane okienka w korytarzu miały wywietrzyć to, co unosiło się w powietrzu. Sam się zdziwiłem, że po pewnym czasie nie odczuwałem nawet tego smrodu. Człowiek to jednak istota, która potrafi się przystosować do nawet najdziwniejszych warunków życia. Nie dziwota, że opanowała prawie całą Ziemię.
Hydraulicy zeszli jeszcze do studzienki kanalizacyjnej na zewnątrz wieżowca. „Jak już czyścimy, to i tu zrobimy. Bardziej się przecież nie zasmrodzimy” – orzekł sentencjonalnie Starszy. – Na dłuższy czas będziecie mieli spokój”. Po wszystkim załadowali moje stare meble oraz telewizorek do furgonu i odjechali.
…To był chyba pierwszy i, mam nadzieję ostatni raz, kiedy po skończonej robocie nie zaprosiłem wezwanych remontowców na kawę i ciastko do mieszkania. Taki miałem zwyczaj, ale kiedy spojrzałem na ich obciekające mazią i dziwnie pachnące ubrania… jednak zrezygnowałem. Mam nadzieję, że nie mieli pretensji. Przecież każdego z nich czymś jednak obdarowałem.
Dzięki dokładnemu oczyszczeniu pionu kanalizacyjnego w budynku mogłem wziąć, bez obawy o zapchanie, bardzo porządny prysznic. Klapki też zostały doszorowane.