• Nasze rekomendacje
  •  
    Chwała bohaterom

    Dziś polecamy:
    Agnieszka R. w Polskim Radio


    Motto dnia:
    Szczęście to nie jest stacja, do której zmierzasz, lecz sposób podróżowania. Lew Tołstoj


    UWAGA!
    JEŻELI JESTEŚ ZAREJESTROWANYM UŻYTKOWNIKIEM I MASZ PROBLEM Z LOGOWANIEM, NAPISZ NAM O TYM W MAILU.
    [email protected]
    PODAJĄC W TYTULE "PROBLEM Z LOGOWANIEM"



    Sugeruję używanie przycisku Aktywne tematy Pozwala widzieć wszystkie nowości
     

FELICJA / całość /

Na pograniczu prozy i wiersza
ODPOWIEDZ
Wiadomość
Autor
Awatar użytkownika
Ryszard Sziler
Posty: 353
Rejestracja: 04 cze 2013, 09:00
Lokalizacja: Kolbuszowa
Płeć:
Kontakt:

FELICJA / całość /

#1 Post autor: Ryszard Sziler » 21 lip 2021, 08:35

Ryszard Sziler

FELICJA

z przypadków podczas ucieczki



Tytułem wstępu:

Jak zauważył pewien dawny badacz niezwykłości: „zakładając, że będziemy mieli jakiegoś czytelnika, pozwólmy mu, czy też nawet im obojgu – jeśli osiągnę aż taką popularność” - przedstawioną rzecz samodzielnie rozważyć. Więc ( jak mawiała ciocia Zosia ) „śmiało do adremu” – drogi Czytelniku!


„- Słyszysz? To harfa traw, zawsze snuje jakąś opowieść…”
/ T. Capote /


*
Felicja siedziała na poboczu drogi i dłubała w zębach źdźbłem trawy. Jak daleko mogła sięgnąć wzrokiem rozciągały się łąki, które kiedyś były bagniskiem, a jeszcze wcześniej całkiem sporym jeziorem.
- A tam; guzik mnie obchodzi, czym one wcześniej były! – skomentowała prychnięciem swoje przypadkowe odkrycie.
– Ważne jest to, że są stanowczo zbyt duże i nie jest łatwo się z nich wyplątać. Noc nadciąga, a w tych trawach może się czaić wszystko, co niekoniecznie chciałoby się spotkać. Od przyczajonego zaskrońca, po łasicę o słodkim pyszczku...Brrr… Górą zaś, zamiast jak teraz, jednej niedowidzącej pustułki będą przemykały cienie, które mogą się okazać polującymi sowami. I bądź tu myszą! Przecież od tych przewidywań wąsy się stroszą, a ogon niepokojąco wiotczeje. A tak się wszystko ładnie zapowiadało… Już, już miało być lepiej niż kiedykolwiek, a wyszło jak zwykle. Nie, no oczywiście, mogło być znacznie gorzej, i właściwie dobrze jest, że jest właśnie tak jak jest. Ale to jednak nie powód, żeby się z tego cieszyć… A w ogóle kogo obchodzi to, co myśli jakaś mysz na poboczu drogi, która właściwie wcale nie jest drogą, a tylko śladem po drodze odciśniętym na wspomnieniu dawnego jeziorka, które zarosło trawą… Nie, no cholery można od tego wszystkiego dostać!
Tu zerwała się i stanęła słupka.
- Daleko, wszędzie daleko – skonstatowała, westchnęła i przysiadła ponownie.
- A zimno coraz większe i ciemność się zbliża wielkimi krokami. Minimum w 46 numerze butów. W ogóle jedzie tu dawno niepranymi onucami. Tak to już jest: jezioro wyschło, bagno wyschło, a gaz pozostał i się wydobywa. Bo smród jest najtrwalszy. Goście od perfum wiedzą o tym doskonale i wszystkie ulotne kwietne zapaszki wzmacniają gównem kaszalotów i one dopiero wtedy są mocne. Nie zamierzam jednak wyciągać z tego daleko idących wniosków. Przeciwnie, postaram się ominąć ten temat w dalszych rozważaniach o moim życiu. Tu zero zdziwienia, bo o czym ja mam niby myśleć jak nie o swoim życiu? Co jest dla mnie ważniejszego? Tym bardziej teraz, kiedy uciekam przed morowym powietrzem… Żeby wszystko było jasne żaden ze mnie Colas Breugnon, myszą jestem i tylko to co mysie jest mi bliskie.

*
Łapanie przyjemności, to tak jak nabieranie wody sitem. Albo samookłamywanie się, że można złapać wiatr. Co, jeśli nawet się uda, szybko zmienia zefirek w zepsute powietrze. I jest- fuj! - prychnęła Felicja.


*
Wolność, wolność – rozważała Felicja – Jeść nie ma co, spać nie ma gdzie, ale można iść w dowolnym kierunku; głosząc w dodatku z bezczelnością idioty co się tylko zechce. Choćby i nawet takie oczywiste androny jak ten, że „cudów nie ma”. Oto jak ona wygląda od mojej strony.
A od drugiej cokolwiek inaczej. Sypią mi na głowę z samolotów jakieś świństwa. Zatruwają co się tylko da, w tym przede wszystkim jedzonko. Uważają, że kot jest ważniejszy ode mnie. Każą mi się „wyszczepiać” ( oczywiście to, jak i wszystko inne, dla mojego dobra)… I diabli tylko wiedzą, co jeszcze wymyślą.
Tak, tak, wolność - to jest cholera jasna!

*
- Czyli, że ten cały skarb przekazywany z pokolenia na pokolenie, to była garść historycznej sieczki i nic więcej. Historia z kolei, to niekończąca się opowieść o tym: kto kogo i kiedy. Przerywana dobrymi radami mędrców jak ten łomot przeżyć. Pozostaje nauka, ale to też obrzydliwość. Tam znów grupa tetryków z uporem trwa przy swoim, chociaż wszystko wkoło mówi, żeby nie, bo nauka, to w gruncie rzeczy poszukiwanie. Ale oni nie chcą, bo po co im szukać dziury w całym, kiedy uważają, że już znaleźli to, co mieli znaleźć? Mają co mają , a jak zaczną szukać, to mogą stracić co mają. To po co? Że niby są cele wyższe? Może i tak, ale zawsze koszula bliższa ciału, jak powiadają eufemistycznie o prywacie. Po nich w końcu niechby i potop, co ich ten potop obchodzi, kiedy ich już tu nie będzie? A czy w ogóle gdzieś jeszcze będą ? Oto jest pytanie, co się zowie. No i na to pytanie akurat naukowcy nie chcą odpowiadać. Wybuchają śmiechem całkiem jak głupi do sera, twierdząc, że to niepoważne pytanie, chociaż w gruncie rzeczy wszyscy wiedzą, że to właśnie ono jest najpoważniejsze. Inni robią niebywale mądre miny i patrząc w sufit wygłaszają przeciągłe „taaa”, jakby grali na trąbie i to granie cokolwiek wyjaśniało. W gruncie rzeczy i jedni i drudzy guzik wiedzą, ale za nic nie chcą się do tego przyznać, bo nadszarpnęłoby to reputację jaką mają wśród kolegów. A co mi tam zresztą do ich chełpliwego rozumowania? Co mi do tego, że wiatr pychy dmie po ich wiedzy dziurawej jak ser szwajcarski i przeciąg mają? A no to, że nie jest to niestety ich przeciąg prywatny, i że w jego efekcie nie ma się już właściwie czego dzisiaj trzymać. Wszystko co stałe jakoś tak się ostatnio wymyka i świat zaczyna tańczyć jak pijany okręt, tego tam zagranicznego poety sprzed wieków. Proroka, psia jego nóżka. ( tu Felicja splunęła z goryczą ). Doszło do tego, że taka mysz jak ja musi sobie stworzyć własne kredo i trzymać się go z uporem jak pijak latarni, bo inaczej to w ogóle można wylecieć poza orbitę. Ziemia się kręci podobno i nic nie wskazuje na to, że przyhamuje troszeczkę, wręcz przeciwnie, nabiera rozpędu, co prowadzi do niewątpliwego cyklicznego fiu-fiu… I żegnaj Fruziu! Więc póki co trzeba dać dyla od tego wszystkiego co się porobiło. Znaleźć sobie jakąś norkę i przeczekać szaleństwo, tak jak Muminki przeczekały kometę. A jak się nawet nie uda, to w każdym bądź razie nie będzie się potem miało niestrawności z powodu wyrzutów, że nic się nie zrobiło i poszło na rzeź jak przysłowiowe cielę.
Uf! Ale się umęczyłam tym zdrowym samodzielnym myśleniem – pisnęła Felicja ze zdumieniem i grozą.

*
- Co za zbieg dobrych okoliczności, że spotkaliśmy się panie Nornico! – radośnie zawołała Felicja –. Wreszcie będę mogła porozmawiać z kimś, kto przeżył to samo co ja. Nawet pan nie wie jak takie wspomnienia łączą i jak się za nimi tęskni na obczyźnie, mimo tego, że pamięć bywa przekleństwem. Cieszę się ogromnie, że pan także powziął decyzję ucieczki!
- Ja…ten…no… - chrząknął spotkany rudzielec.
- Proszę sobie wyobrazić, że tutaj nikt nie ma pojęcia o takich przeżyciach jak nasze. Całkiem tu inny świat! Prawda jaki piękny?! – świergotała mysz, całkiem jak zięba podczas budowy gniazdka.
- No…niewątpliwie – sapnął Nornica, niespokojnie zezując na boki.
- Odtąd pójdziemy już razem nieprawdaż?!
- Ja…ten…oczywiście chciałbym…jednakże… i dlatego - pożegnam niniejszym.
Tu Nornica uśmiechnął się z pewnym zażenowaniem, zwinął w dziwacznym reweransie i umknął boczkiem.
- Ależ…! No coś podobnego! Dlaczego ty mnie nie lubisz, co?! – wykrzyknęła Felicja i długo nie mogła wyjść z rozżalenia, na co Nornica z daleka, smutnie ( jak się jej zdawało ) tylko machnął łapą.
Dużo później dowiedziała się przypadkiem, że Nornica był wysłannikiem szczurów, czyli misjonarzem Nowego Porządku. Pobył trochę na łące, powiecował sobie i bez oczekiwanych efektów powrócił tam skąd ona uciekła.

*

Żaba mi mówi, że powinnam brać z niej przykład, a w ogóle najlepiej gdybym się do niej upodobniła. A kiedy ja proponuję obiektywnie rozpatrzyć moje wartości i zaakceptowane upowszechnić wśród żab; wtedy ona patrzy na mnie sposobem bociana.
Tak to wygląda.

*

„Każda epoka ma swoją grypę, która przechodzi.” – pomyślała mysz i wszystko nagle zyskało zwyczajny domowy wymiar; ani zbyt duży, ani zanadto mały.
- Bo nie ma to, jak odpowiednie słowo przypisać odpowiedniemu straszydłu. – westchnęła z ulgą.

*
- Mam dom wędrowny – sapnęła mysz poprawiając plecak – a w nim skarby dzieciństwa: rozwichrzoną stalówkę, sparciały gwizdek z czarnego bzu, sreberko po czekoladzie…No śmiecie same - za które dziś jeszcze gotowam oddać życie. Zestarzałam się, ale nie dorosłam. Też tak macie? – spytała, a mrówki przecząco pokręciły głowami.
- Biedactwa. Nigdy nie miałyście dzieciństwa – zasmuciła się Felicja.

*
„Wlazł kotek na płotek po słupie. Podarł se futerko na …” - Ha! Ależ ja lubię dobrą poezję! – wykrzyknęła z przejęciem Felicja.

*

Poważnie to ja traktowałam wszystko wtedy, kiedy paliłam fajkę, a akurat brakowało tytoniu. Kiedy rzuciłam palenie także i to się zmieniło. Okazuje się więc, że tytoń jest rzeczywiście trujący.

*

„Gdybym ja tak miała, dajmy na to pałac, jak nie przymierzając Izrael Poznański przed wojną w Łodzi, to co ja bym teraz miała? – dumała Felicja – Otóż nic bym nie miała prócz kłopotu z nostalgią, a przecież kłopoty to ja mam i bez pałacu. To po co mi jeszcze pałac?” Prychnęła, wstała z pobocza, otrzepała futerko z piasku i pogwizdując ruszyła przed siebie.
*
Mylić się jest rzeczą ludzką, ale nie naukową. Nauka się nie myli. Jej powaga bierze się z dystyngowanego traktowania domniemań.

*

Czy ja muszę być permanentnie niezadowoloną? No więc nie muszę. Szczęście to rodzaj sytego minimalizmu i tego się trzymajmy – powiedziała sobie Felicja zarzucając na ramię plecak pełen pszenicznego ziarna, które osypało się z kłosów.

*
Chomik przez słomkę sączył trzmieli miód i mgliście patrzył w łąki.
- Nie nudzi pana samotność ? – spytała Felicja.
- Właśnie przysposabiam się do życia społecznego – odparł chomik – Niestety z większością tubylców nie da się rozmawiać na trzeźwo. Obawiam się jednak, że zbyt intensywna towarzyskość wpędzi mnie w alkoholizm. W dodatku ten miód jest przesadnie chambre – skrzywił się z odrazą.

*
- Czy ja już pana przepraszałam? – dosyć ponuro spytała mysz przechodzącego ślimaka.
- Nie – odparł czarny pomrów – i nie sądzę, żeby miała pani jakikolwiek powód, aby to uczynić.
- Jak miło usłyszeć głos rozsądku! – wykrzyknęła radośnie Felicja – Tam skąd przybywam wszyscy przepraszają ciemnoskóre istoty – dodała wyjaśniająco.
- Z jakiego powodu?
- Nie wiem. Mówią, że przepraszany dobrze wie dlaczego, a przepraszający nie musi tego wiedzieć.
- Doprawdy dziwne to obyczaje, ale podobno co kraj to obyczaj – zbagatelizował rzecz ślimak.
- Tak było dawniej, dziś obyczaje wszędzie się ujednolicają.
- Nie tutaj, łaskawa pani. Nie…
Tu zakręciło mu się w nosie od zapachu ziół, przez które pełznął, więc kichnął.
Chóralne – „Cheers!” – rozległo się z bliska i daleka, jak łąka długa i szeroka.
- No i proszę… – westchnęła mysz z rezygnacją.
- Przecież jeszcze wczoraj odpowiadali zwyczajnie „na zdrowie”… – zdziwił się pomrów.
- Ale przedwczoraj zapewne „Будьте здоровы!” – uśmiechnęła się cierpko mysz.
- Niektórzy… może, nie pamiętam dobrze – mruknął ślimak i skrył się za kamieniem.

*
- Cześć! Ty jesteś mysz? – usłyszała nagle za sobą.
- A jeśli mysz, to co? – odpowiedziała.
- Jestem mrówką. Pierwszy raz widzę tu mysz, więc pytam.
- Wybacz, ale nie mam zbyt dobrego zdania o mrówkach - mruknęła Felicja.
- Jeśli tak, to już znikam – pisnęło w trawie.
- Chwileczkę, chwileczkę – zawołała mysz odwracając się do pytającego, bo zrozumiała, że lepszy jest nawet taki rozmówca, niż żaden – Ot tak mi się tylko powiedziało, nie musisz się zaraz obrażać.
- Kiedy ja się wcale nie obrażam, tylko staram się być grzeczny.
-Grzeczność bywa niekiedy dość obraźliwa – skrzywiła się mysz w odpowiedzi i zapadła chwila całkowitej ciszy, w której słychać było jedynie dalekie nawoływania się pasikoników.
- Skąd idziesz? – spytała w końcu mrówka, znów raczej z grzeczności niż dla zaspokojenia nikłej ciekawości.
- Z dalekiego Pandemonium- odrzekła mysz po chwili zastanowienia.
- Czyli skąd, bo nie słyszałem nigdy o takim kraju? – prawdziwie zdziwiła się mrówka, albo raczej mrówek, jeśli chcielibyśmy przestrzegać zasad poprawności gramatycznej.
- Z państwa demonów, w którym szaleje pandemia. - powiedziała Felicja z niechęcią .
- O kurcze! – wyszeptał mrówek – Dla mnie to kawał niewiadomego.
- Dla mnie także, chociaż z samymi nazwami jako-tako się otrzaskałam, ale z ich sensem nadal nie bardzo sobie radzę – stwierdziła mysz.
- I wcale się nie dziwię, bo jeżeli sens jest taki jak dźwięk, to trudno go obłaskawić – zgodził się przyziemny głosik – Ten pandemonium, to dom pandemii, a ten „pandemia”, to w zagranicznym języku jest wyraz, prawda? „Pan”, to ja wiem, kto to jest. Nawet znałem kiedyś jednego pana. „De” – to tacy zagraniczni panowie mają przed nazwiskiem. A – „mia”, to chyba przekręcone - mła, czyli, że to „de” jest moje, no nie? Taka wolta z włoskiego na francuski, bo francuski jest bardziej arystokratyczny – zauważył z przejęciem mrówek i mysz z wrażenia usiadła.
- Nie całkiem tak – chrząknęła – Pandemonium, to państwo: zamieszania, anarchii, chaosu; no burdel totalny, czyli królestwo szatana. A pandemia – to powszechna zaraza.
- Czasem i ja mogę się mylić… - szepnęła mrówka.
- Nie tylko ty kochana, nie tylko ty i nie tylko czasem – westchnęła mysz ze znawstwem.
- Więc jeśli pozwolisz, będę dociekał, bowiem my mrówki jesteśmy nieustępliwe mimo przeciwności: czyżby ta pandemia wylęgła się z tego Pandemonium?
- I tak i nie, bowiem i jedno i drugie może istnieć oddzielnie, najgorzej zaś jest, kiedy się spotkają i polubią. A tak się właśnie tam dzieje –wskazała za siebie łapą Felicja.
- Skąd się to wszystko bierze? – zaciekawił się mrówek.
- Najbardziej z przesadnej tolerancji. Z bagatelizującego „ a niech tam, a co mnie to obchodzi, nie moja sprawa”. Dzięki temu „ a co mnie” „to” się rozrasta, rozpycha i z małego staje się duże, wreszcie ogromne, a potem bez skrupułów niszczy tamto, co mu wspaniałomyślnie pozwoliło zaistnieć. Wprowadza swoje prawa i obyczaje, no i wszystko staje na głowie. A potem ja muszę uciekać z własnego domu i wędrować licho wie dokąd…Tak się sprawy mają - jęknęła.
„I któż mógłby temu zaprzeczyć? Nikt. Tym bardziej, że w pobliżu nie było nikogo.” - jak zauważył niegdyś pewien znakomity pisarz, a co my teraz potwierdzamy patrząc z przyjemnością na falujące kwietne łąki, które otaczają naszą bohaterkę. Czego ona niestety nie umie docenić.

*
- Sztuka? Dzisiaj? Też coś! – parsknęła mysz – Najwyżej „sztukamięs” proszę pana. I to niekoniecznie, bo panuje pandemia i kelnerowi może nie udać się performens.

*
- Pani mnie pyta co się teraz czyta? – zwróciła się mysz do dżdżownicy ciekawej wieści z dalekiego świata. – Otóż raczej niczego się nie czyta, a jeśli już, to są to powieści typu „Przypadki sąsiadki”.


*
- Kiedy byłam mała – opowiadała Felicja – mama czytała mi absurdalną wówczas bajkę o Gelsomino, który zawędrował do Kraju Kłamczuchów. Wszystko tam było na odwrót, szczególnie w nazewnictwie. Chleb nazywano atramentem, atrament chlebem, na „dzień dobry” życzono sobie „dobrej nocy”, piekarz sprzedawał zeszyty i ołówki, a słowo pirat oznaczało uczciwego człowieka. Szaleństwo stało się powszechną normą odkąd ogłoszono „Prawo o obowiązującym kłamstwie”… Odtąd, kiedy na przykład, chciał ktoś powiedzieć „Jak pan dziś ślicznie wygląda”, musiał mówić „ Cóż za gęba! Tylko bić i patrzeć, czy równo puchnie” i tak dalej . I nie tyle ważny jest powód zaistnienia takiej sytuacji, co żenujący fakt, że wszyscy na nią w końcu przystali, choć niebywale komplikowała rzeczywistość. Nieprawdopodobna bzdura, prawda? Otóż i mnie się tak długo wydawało, aż okazało się, że literatura wyprzedziła rzeczywistość. No i mamy - co mamy. Ale, jak uważa bohater całkiem innej książeczki : „może być jeszcze gorzej w tym względzie”, co narrator tak uściśla : „ Przyszło mu bowiem do głowy, że znacznie ważniejsze od tego, co jest, będzie to, co będzie. Jeśli bowiem to, co będzie, będzie rzeczywiście prawdziwą katastrofą, wtedy to co jest, nie będzie już miało absolutnie żadnego znaczenia”. I tym razem ja w to niestety wierzę; z tym, że jakoś nie mam ochoty weryfikować owej przepowiedni i najzwyczajniej uciekam – westchnęła uśmiechając się przepraszająco..

*
- Panteizm, panpsychizm, panspermizm, panerotyzm, pandemonium, pandemia… pantalony Franka żony! Jest gdzieś granica tego szaleństwa? Pan…Pan się ode mnie odsunie panie chrząszcz! – warknęła Felicja i chrząszcz rad nie rad się odsunął.


*
- Jak chcesz, to opowiem ci o domu, w którym mieszkałam i wtedy zrozumiesz jaki jest mechanizm przewrotki, od której teraz uciekam Dom jest solidny, stary, historyczny, nie to co moje wędrowne i tymczasowe – mówiła Felicja - Mieszkałam w tym domu kawałek lata, oraz całą jesień i zimę, więc wiem co nieco o nim i o tym, co się wkoło niego działo. Przed wojną uważany był nawet za rodzaj pałacu. Potem tu się coś w nim zawaliło, tam osypało…wiadomo wojna. Zaś po niej permanentna prowizorka i obiecanki cacanki, że będzie lepiej jak domownicy wezmą się do pracy. Jednak gdy ktoś brał je na serio i próbował coś naprawiać, to nagle bez uprzedzenia znikał, a budynek coraz bardziej podupadał. Wreszcie więcej niż pół tej rudery się zawaliło i powstał wielki przeciąg. – Teraz to już nie pozostaje nic innego jak tylko przebudowa, a najlepiej odbudowa całości – myślano. Przebąkiwano nawet, że dom odzyska dawną świetność. Daremne nadzieje. Przeciąg, lub jak głoszono „wiatr dziejowy”, trwał w najlepsze. Wymiótł co prawda sporo zalegającego śmiecia, ale również naniósł nowego do salonów. Licho wie skąd. Czyli: jedno paskudztwo zastąpił innym. A co do remontu, to jako tako poprawiono oficyny, a główny budynek popodpierano czym się dało, tworząc potiomkinowską atrapę. No, a ten „wiatr dziejowy” przy okazji nawiał takich koszmarnych idei o jakich wcześniej nikomu nawet się nie śniło. Wszystko stanęło na głowie. Zła baśń zaczęła rządzić światem. Przed tym właśnie uciekam…

*
„ I pocałujże ty mnie w tęczę!” – zakończyła, po czym zakleiła kopertę.
- Cóż, jak zauważył był A.A. Milne: „Tragedia pisania dobrych listów polega na tym, że nie można być na miejscu, kiedy adresat je otwiera.”- westchnęła ze smutkiem.

*
- Mój plan to "4 Z" - tłumaczyła Felicji darniówka Tosia - Zatrzymać się, zebrać, zawrócić i zdezorientować bezczelne szczury… Być może pogonić kota, a jak się da to nawet Popiela. I mamy spokój na pewien czas.
- Odwieczne bohaterskie bajdurzenie emigrantów – burknęła z niesmakiem Felicja w odpowiedzi i powlokła się swoją ścieżką zostawiając rozczarowaną Tosię przy kępce ostu.

*
- To jest chyba skóra żmii! – wzdrygnęła się Felicja widząc przed sobą zygzakowaty pasek – A to oznacza, że bez wątpienia są tu i całe żmije. Jakże zwodnicze może być piękno – westchnęła cierpko – Wokół bajeczna łąka, a w niej żmija i to prawdopodobnie nie jedna…
I osaczył ją nagle niepokojący szelest, bardziej wyobraźni niż traw. Bywa jednak, że wśród takiego osaczenia trafia się także ratunek. Tym razem stała się nim piaszczysta droga, na której węża można dostrzec już z dużej odległości. Nie dziw więc, że mysz pomknęła jej środkiem nie oglądając się na boki, byle tylko dalej od niepokojącej wylinki. Ta zresztą okazała się należeć do zaskrońca (co wypluwając ją orzekł potem jastrząb), ale przecież w jej przypadku bez znaczenia było czyją mogła zostać przekąską.

*
Nawet się nie spostrzegła a już była przy rzece. Nie tak dawno temu jej nurtem biegła granica między dwoma mocarstwami. Dzisiaj było tu już normalnie. - Jak dla mnie nawet za bardzo normalnie- mruknęła Felicja - bowiem razem z szyldwachem zniknął gdzieś i most spinający wcześniej obydwa brzegi.
- Tak – burknęła gramoląc się na resztkę jego filaru – to co wkoło, to się nazywa życie, a ja je właśnie smakuję – dodała gorzko, patrząc z melancholią raz na szerokość odmętu, a raz na własne nogi.
- O Ziuta! Przyjdzie mi się modlić o bociana, czy co? – uzupełniła z rozpaczą - Ta klekocząca zaraza nawet czołg by przeniosła, a nie tylko maleńką myszkę – rozważała - tyle tylko, że ma zwyczaj przełykania zawartości dzioba, względnie zanoszenia wszystkiego swoim młodym do niebotycznego gniazda, żeby zaskoczyć żonę zaradnością…
– Cóż, podobno nie ma róży bez kolców, ale kolce bez róż są zdaje się normą – westchnęła łzawo.

*
- Bądźmy realistami – powiedziała sobie po chwili - z siedzenia na tym zabytku nic mi nie przyjdzie, poza ewentualnym reumatyzmem, bo ciągnie od wody. Trzeba ruszyć ogon i iść dalej. Jak się nie da przez rzekę, to wzdłuż rzeki. Kto wie, co tam miłego czeka nas za zakrętem? Byle tylko nie puszysty koteczek (tu splunęła z niesmakiem przez ramię). Swoją drogą jakie to zabawne: nie ma granicy, a jest granica. Oto jedna z zajmujących tajemnic tego świata…
- Panna widzę masz umysł wyjątkowo analityczny, ciekawe jednak jak tam u panienki z syntezą? – zapytały nadrzeczne szuwary, po czym wylazł z nich Miki. Stary myszor o postrzępionych uszach i niekompletnym ogonie, który pół życia pozował na co się tylko dało: „bohemę”, arystokratę, menela i głupka. Aż w końcu został wreszcie sobą, bo gra mu się znudziła. I takiego teraz poznawała gwałtownie najeżona Felicja…
- To co panienko, pójdziemy dalej wespół w zespół? – zanęcił Miki.
- Marzyciel! Imponderabilia go dopadły… – Ech, świecie, świecie… Podobno nie masz róż bez kolców, no i w porządku, w końcu róże to nie moja bajka; ale uporczywa hodowla kolców bez róż, to już przesadna specjalizacja, nie uważasz? – sapnęła mysz zwracając się nie wiadomo do kogo.

*
- Ale zdajecie sobie sprawę z tego, że idziecie w nie najlepszą stronę? Wiem coś o tym, bo właśnie od niej uciekam. I tak w ogóle, to o co wam właściwie chodzi? – spytała Felicja dwa średniej wielkości chrząszcze.
- Szukamy prawa – oświadczył pierwszy, ten z nadłamanym czułkiem.
- Bo bez prawa żyć nie sposób – uzupełnił drugi.
- A tu w koło nie ma prawa – kontynuował pierwszy.
- Bezprawie, że głowa mała – przytaknął drugi.
- Czyli, że co właściwie? – stropiła się Felicja.
- Czyli, że przepisów nie ma. A bez przepisów jest chaos i tyle.
- Tu wszyscy żyją według uczuć. No, miłość i takie tam. Średniowieczna ciemnota – naburmuszył się drugi.
- Nie ma się czego trzymać, a jak się nie ma czego trzymać, to jak żyć? Na tych tam fiu-bździu miłościach nie da się polegać, a trzeba iść twardo do przodu, no nie? – dodał pierwszy poprawiając opadający czułek.
- I po to jest prawo. Ono jedno nakazuje, a drugiego zakazuje i jest gitara. Wszystko gra. – zgodził się drugi z dziwnie przekrzywioną okrywą skrzydła.
- A tutaj nikt nad niczym nie panuje. Kakofonia, że w uszach zgrzyta.
- Bo bata nie ma! – zaperzył się pierwszy.
- I wy po ten bat idziecie? – zdziwiła się Felicja.
- To było tak ilustracyjnie powiedziane – skrzywił się drugi i splunął.
- Po ład idziemy i po zasady, jeśli wiesz o co mi chodzi – uściślił pierwszy.
- Acha – powiedziała Felicja bez przekonania. – A tak w ogóle to jakoś dziwnie wyglądacie – dodała obrzucając ich krytycznym wzrokiem.
- Bo nas pobiła nietolerancyjna hołota – nachmurzył się pierwszy.
- A odwołać się nie ma do czego, bo nie ma prawa i koło się zamyka – zgrzytnął chityną drugi.
- Pobili? Dlaczego? – zdziwiła się mysz.
- No przecież właśnie przez prawo, które chcieliśmy wprowadzić – wyjaśnił pierwszy.
- A oni go nie chcą. Nie chcą i już. Ciemnota - sapnął drugi.
- Acha – powiedziała Felicja, tym razem z pełnym zrozumieniem – Jednego tylko nie pojmuję - dodała - jeśli oni żyją według norm miłości, to przecież dobrze i żadnych innych zasad nie trzeba wprowadzać. No bo co może być większego nad miłość?
- Prawo! Prawo jest fundamentem – zawyrokował pierwszy.
- Oni mają właściwie takie dwie swoje pierwotne zasady, przekazywane na gębę : uwielbiaj swego Stwórcę i nie rób drugiemu co tobie niemiłe – roześmiał się drugi.
- No i w czym problem? - całkiem poważnie spytała mysz.
- Dosyć to niekonkretne przecież, a oni twierdzą, że streszcza wszystkie prawa od początku po koniec świata.
- Bzdura! –obruszył się pierwszy.
- No pewnie – przytaknął drugi.
- A konkretnie, to jak powinno być? – dopytywała się Felicja.
- No poważnie, serio, wyczerpująco ; według trwałych ustaleń, przepisów, paragrafów i tak dalej.
- Ale te wymyślone paragrafy są zmienne i można je obejść, nagiąć do własnych potrzeb, a prawa miłości dużo trudniej... – zastanawiała się mysz.
- Od tego są urzędnicy, żeby pilnowali prawa… - machnął zdrowym czułkiem pierwszy.
- No tak- westchnęła Felicja z goryczą – Jedni będą pilnować prawa, drudzy będą pilnować tych pierwszych, tych znowu inni i tak powstanie kolejna piramida strachu...
- Głupia jesteś. Nic nie rozumiesz! – warknął pierwszy chrząszcz.
- Też chcesz żyć na dziko jak tamci? Trafił swój do swoich... – zgrzytnął drugi i bez słowa więcej obydwaj zniknęli wśród liści podbiału.
- Nie przekonali cię, co? – roześmiał się ktoś tuż obok.
- Ja ich też nie zawróciłam – odpowiedziała Felicja.
- Nie wyrzucaj sobie, bo i tak nie dałabyś rady – powiedział pasikonik , którego mysz dopiero teraz zobaczyła siedzącego na liściu, równie zielonym jak on sam.
- A jednak mogłam spróbować choćby tylko zatrzymać.
- Wtedy rzuciłyby się na ciebie, tak jak zrobiły to wcześniej, gdy zaatakowały modlące się mrówki.
- I stąd te kontuzje – zrozumiała Felicja.
- Oczywiście – przytaknął pasikonik – Przecież nikt by ich nie ruszył, gdyby nie były agresywne.
- Wszystko to zdaje się stąd, że one nie rozumieją znaczenia słowa „miłość” – po dłuższej chwili milczenia powiedziała mysz.
– A także słowa „prawo” – dodał pasikonik i skoczył w gąszcz łąki.

*
Felicja stała nad kawałkiem rozmiękłej od rosy ziemi i badała nocne ślady.
- Pojęcia nie miałam, co tu się chwilę temu wyprawiało tak blisko mojego legowiska, a jak widać sporo się wyprawiało…– mruknęła i z przejęcia sierść na jej grzbiecie zmieniła się w szczotkę, bo ziemia rozdrapana była na przestrzeni metra jakby buchtowały w niej dziki.
- Tak, tu toczyła się straszliwa, bezpardonowa walka – stwierdziła - jej ślady są już odkryte i teraz potrzebna jest tylko ich właściwa interpretacja – rozważała – Należy przy tym albo trzymać się okrutnej rzeczywistości, albo iść w kierunku baśni; zaś ta tutaj rzeczywistość jest taka, że bez baśni mowy nie ma, by ją nawet nadgryźć. Jednak moja twórcza intuicja podpowiada mi, że lepiej nie opowiadać sobie takiej baśni, bo ona nie uspokaja, a wręcz przeciwnie. Powiedzmy, że opowiem i najmniej przez tydzień spać nie będę; to po co mi ta bezsenność? - jęknęła.
Rozglądnęła się więc niepewnie wokół i przemykając chyłkiem od liścia do liścia jak najszybciej oddaliła się od nocnego koszmaru, który, jak sądziła, tylko przypadkiem jej nie pochłonął. Na wspomnienie czego zawsze potem dostawała dreszczy i dumy z powziętej decyzji.
- Bo gdybym była zbyt pochopnie i poważnie podeszła do zaistniałego problemu, przecież jak nic byłabym się rozchorowała, albo i co gorszego – stwierdzała nieodmiennie.
Swoją drogą nie przyszło jej nawet do głowy, że owe upiorne ślady pojawiły się wówczas, gdy zapchlony jeż Teofil próbował się podrapać po grzbiecie, co bywa wyjątkowym problemem dla kogoś mającego kolce.

*
Z tamtej strony rzeki
Baba nogi myje
Zobaczył pies cosik
Pies zobaczył cosik
I okropnie wyje!

poniosło się naraz nad łąką w wieczornej mgle.
- Ożeż ty, ale się komuś wypsnęło – mruknęła mysz przerywając przygotowywanie sobie legowiska; mimo nasłuchiwania jednak śpiew się już nie powtórzył.
- Takie niby nic, a sen zakłóciło – mruczała potem przewracając się z boku na bok i nie mogąc wygodnie ułożyć sobie ogonka.
– Po co to tak? Na co to tak i komu to było potrzebne? – utyskiwała wsłuchując się w nocną ciszę łąki i oczekując mimo upływającego czasu dalszego ciągu koncertu wątpliwej wartości.
„– A jak mi się taki nagle rozedrze nad uchem, to co ja wtedy zrobię?” – dumała.
- A cholera jasna z tym wszystkim! – wrzasnęła w końcu umęczona nasłuchiwaniem, stanęła słupka i rozdarła się na cały głos :

Lata pies bez owies
Ogonem wywija
Patrzej se Marysiu
Co to za bestyja!
Hej!

I uspokoiłoby ją to całkiem, gdyby nie grudki ziemi, patyki, a nawet drobne kamyki, które nagle posypały się na nią zewsząd.
- No co? No co? Nie ja zaczęłam! – pisnęła z wyrzutem , ale na nic to się zdało i musiała natychmiast opuścić swoją noclegownię.

*
Jaszczurka Zuzanna stała w patetycznej pozie na kretowisku i wzdychała znacząco w kierunku Felicji.
- Też coś! – sarknęła mysz – Uwierz mi kochana, że bierzesz mnie za kogo innego. Na sto procent nie jestem baśniową dziewczynką zwaną Szumem Traw, która niespodziewanie objawiła ci się podczas recytacji. Naturalnie mogę ci jak ona zagwizdać nad uchem i ewentualnie palnąć cię mokrym od rosy ogonem w rozmarzone czółko, ale to niczego nie zmieni w odwiecznym układzie. Poezja pozostanie poezją, mysz - myszą, a naturalizm prostackim brakiem idei. Kiedy to zrozumiesz wszystko powskakuje ci na właściwe miejsca. Kumasz jaszczuro?!
- Ooo…
- No.

*
- Egzaltowana idiotka – zawyrokowała jaszczurka patrząc za dostojnie oddalającą się myszą – Czemu ona nie stanie w prawdzie? Kogo chce okłamać, co? Najpewniej siebie. W stodole się to pewnie ulęgło, albo nawet i w chlewie, a udaje przed światem, że w pałacu.
- Tak już mają te poetki – roześmiała się żaba – Wyobraźnią uzupełniają sobie rzeczywistość i potem święcie w to wierzą co wymyśliły.
- Ich sprawa dopóki nie gardzą innymi, a ta gardzi. Słyszałaś przecież co mówiła.
- Owszem, coś co wyglądało na propozycję pocałowania jej w ogon.
- Żeby tylko! A forma moja droga? Forma! Zwróciłaś uwagę na formę? „Niech no Zuzia raczy mnie…” i tak dalej, że reszty nie zacytuję – prychnęła jaszczurka.
- Właściwie nie ma co tego roztrząsać, skoro już sobie poszła -zauważyła żaba
- No poszła, poszła, ale niesmak pozostał – skrzywiła się Zuzanna i byłaby zapewne jeszcze długo rozpatrywała problem wytwornej arogancji Felicji, gdyby nie wyjątkowo apetyczna mucha, która zajęła ją bez reszty.

*
Dzień zaczynał się pięknie. Łąka falowała zapachem i barwą. Iskry rosy jarzyły się w zielonych włosach traw…
- Jakby jeszcze rojami fruwały elfy i Calineczki to byłby komplet– ziewnęła mysz przecierając zapluszczone snem oczka - A mówiąc serio: zaraz pasikoniki zaczną rzęzić to swoje pitulitu i pojawią się gzy. Póki co trzeba rozejrzeć się za śniadankiem – dodała, powracając w pełni do rzeczywistości.
- Dzień dobry, dzień dobry! Ależ pięknie, ależ pięknie! Dzień dobry! – rozkrzyczała się rzekotka.
- O masz – wycedziła Felicja – nie dosyć, że głodno, to jeszcze deszcz będzie. Żabsko musi mieć przeczucie, bo na darmo się przecież nie drze.
Zawołała więc - Kiedy?!
- Co – kiedy? – odkrzyknęła żabka radośnie.
- Kiedy ten deszcz ?
- A skąd ja mam wiedzieć?
- Przecież go właśnie przepowiadasz.
- Ja?! – zdumiała się rzekotka.
- No przecież, że nie ja – fuknęła Felicja – A mnie po co deszcz? Ja wodę mam w rzece. Pani zapowiadasz ulewę, to pytam o szczegóły. Czy ja aż tak wiele wymagam? Wystarczy uściślić i po sprawie.
- Co mi tu pani z jakąś szeptuchą z rana wyjeżdża?! – obruszyła się żaba - Przesądna jesteś i tyle.
- Ja jestem przesądna? Ja?! – zapieniła się mysz – Patrzcie państwo co za bezczelność! Nie dosyć, że jak się okazuje wprowadza w błąd, to jeszcze obraża.
- Ależ ja tylko cieszę się radością poranka … - odparła zarzut zielona drobina.
- Cieszy się… - roześmiała się mysz - „A, niech myśli, żem taka naiwna” – No kiedy się tylko cieszy, to: dobrego dnia żabie!– zawołała po chwili – Tego, który, jak widać dla mnie nie zapowiada się najlepiej. No trudno – westchnęła z rezygnacją.
Po czym, kiedy żabka nie odpowiedziała na jej życzenie i w ogóle nie odezwała się już więcej, mruknęła do siebie z niesmakiem : - Ale kultura.
Jakby dla dopełnienia złego początku gdzieś daleko odezwała się kukułka i kukała dobrych parę minut.
- Następna – jęknęła mysz – Naturalnie akurat wtedy, kiedy nie mam przy sobie ani grosza!

*
Czy Felicja pisała pamiętnik? Niby po co? Felicja przeżywała życie i nie miała czasu na głupstwa. A jej życie toczyło się jak kamień, który omsknął się Syzyfowi i staczał się w dół z chwili na chwilę nabierając rozpędu. I wszystko byłoby się skończyło w przewidywalny sposób, gdyby nie cudowny hamulec, którym stała się choroba. Zmąciła ona nagle wszystko, co do tej pory układało się w szaleńczy, bezwolny ciąg wydarzeń zmuszając mysz do nieśmiałej refleksji:
- A po co mi to? A do czego to zmierza?
W efekcie czego wspomniany kamień zawisł nad przepaścią rozpaczliwego bezsensu i zaczął się wahać między: lecieć dalej w zatracenie, czy… No właśnie, ale czy istniało jeszcze jakieś „czy”?
I tu całkiem niespodzianie objawiła się wola Felicji, której, łącznie z nią samą, nikt nie podejrzewał.
- Się spróbuje – mruknęła i spróbowała.
Wszystko to stało się dość dawno temu, ale rozpoczęta wtedy ucieczka ( której sens próbujemy zrozumieć ) trwa do teraz, i kto wie, być może coś sensownego z niej wyniknie.

*
Potem Felicja medytowała na rozdrożu, myśląc mniej więcej tak:
„- Jeżeli pójdę w lewo…A w życiu! „Damn!” ( jak mawiają pewni dżentelmeni ) Mowy nie ma! Tylko w prawo. Ale… idąc cały czas w prawo będę się zataczać w kółeczko. No przecież nie o to jednak chodzi w tym wszystkim, żeby mieć stały zawrót głowy. Więc jeśli już iść, to jak strzelił- prosto, bo po co kluczyć? Tyle, że w tym słodkim owocu rozsądku jest pestka celu. A jaki ja mam cel? No jaki?” – i tak westchnęła, że jej westchnienie wzbudziło chmurę nasionek dmuchawca, która uniosła się być może aż do samego słońca, ale co do tego mysz nie miała pewności, bo słońce oślepiło ją i załzawiło oczy. A kiedy przestały jej w oczach tańczyć migotliwe tęcze i wszystko wróciło do normy powiedziała buńczucznie sobie i łące:
- Oj tam, jeśli już odważyłam się uciec z gówna, to i cel tej ucieczki sobie w końcu znajdę. Nie takie rzeczy się już robiło – warknęła.
I odtąd zaczęła uważnie rozglądać się za celem.

*
- Erotuman – sarkała Felicja włażąc na kolejne kretowisko – Jego ten seks wykończy! Góry porobił, kwiatki poniszczył… Wariat! – uzupełniła rozejrzawszy się po okolicy.
- Zdaje się, że on z taką pasją podchodzi do jedzenia – wtrącił niepewnie Filip.
- Wszystko jedno do czego podchodzi, a umiar powinien zachować. Gdybym ja tak podchodziła do wędrówki, to już bym była na końcu świata, znacznie szybciej niż w siedmiomilowych butach. I co by mi z tego przyszło? Hop siup i już. I to ma być życie? A gdzież czas na jego degustację? Takie są moje uwagi co do życia kretów i nie tylko –zakończyła.

*
- Cześć! – zawołała mysz do gąsienicy pochłaniającej liść.
- Cze…- odpowiedziała gąsienica nie przerywając jedzenia i koso patrząc na przybyłą.
- Co tak półgębkiem?
- Bo nie mam czasu. Patrz ile mam do przetrawienia, a czuję w brzuchu niepokój, że nie zdążę i reszta się zmarnuje – sapnęła larwa.
- Czasem warto się zatrzymać i… - zaczęła Felicja.
- Taaa…
- A wiesz, że wcale nie zostałaś stworzona tylko do jedzenia i niezadługo będziesz motylem? Będziesz miała kolorowe skrzydła i będziesz latała nad kwiatami? Będziesz spijała słodki kwietny nektar…
- Acha… Popatrz, popatrz… Skąd to wiesz? Miałaś objawienie, czy jak?
- Wszyscy to wiedzą.
- Acha, wszyscy… tylko, że nie gąsienice. No nie mam czasu. Żegnam. – burknęła i odbiło się jej dość nieapetycznie.
- Nie interesuje cię twoja przyszłość? – zdumiała się Felicja.
- Interesuje a jakże! Mam zjeść ten liść, a nie rozmyślać o bajkach, więc żegnam – ucięła liszka wracając do swego zajęcia.
- Ale ja…
- Jedni mają tak, a drudzy całkiem inaczej. Moja ciotka miała hemoroidy i tylko o tym mówiła, a ja ich nie mam. Jasne? – warknęła gąsienica i ostentacyjnie wlazła pod liść, żeby żreć go od spodu.
- Grzeczna to ty nie jesteś – zawołała za nią mysz.
- Ale praktyczna, moja pani, praktyczna – odburknęła larwa i ponownie jej się odbiło.
I tym zakończyło się to obiecujące spotkanie na szlaku, z którego nic nie wynikło poza wzajemną niechęcią.

*
„Taka gąsienica, to pozornie nic szczególnego – zastanawiała się Felicja- Żuje, wydala, żuje, wydala, żuje, wydala, żuje, wydala, żuje, wydala, żuje, wydala, żuje, wydala, żuje, wydala, żuje, wydala, żuje, wydala…Zgłupieć można od samego patrzenia. Aż nagle - Stop! Sztywnieje. Zmieniła się w poczwarkę. Prawdziwą poczwarę. W mumię. W półżywe drewno. (Samo to już mocno zastanawia, oraz częściowo tłumaczy przedwiecznych egipskich preparatorów), ale to jeszcze nic, bo wystarczy trochę poczekać, a to poczwarne pudełko pęka i wyłazi z niego - zjawiskowy motylek. Lekkość, uroda, blask! Czego opisywać nie trzeba, bo jaki motyl jest każdy widzi ( co dawno był zauważył pewien sławny encyklopedysta). Ale żeby było zabawniej, to gdyby tak w międzyczasie - przegryźć taką poczwarkę ( czego nie radzę, bo zawartość jest gorzka), to wyleje się z niej kolorowa woda. Zielona, żółta, albo jakaś inna, co być może jest zależne od menu gąsieniczki. Czy kolor tu ważny, to nie wiem, ale woda niewątpliwie, bowiem jak bełkocze nauka, z niej wzięło się życie. No, z tej wody w poczwarce bez wątpienia tak. Podsumujmy : gąsienica > poczwarka> woda> motyl. Jii ( jak mawiał wyjątkowy poeta ) wszystko jasne, nieprawdaż? Oczywista „jasność w temacie”, czyli przysłowiowy „czeski film”. Ujmując to bardziej treściwie: glizda niezrozumiale zmieniła się w pudełko, w którym jakiś czas chlupotał sobie kolorowy płyn, a potem ten licho wie jak zmienił się w motyla. Możliwości rozwikłania tego „banalnego przypadku” znamy dwie. Sprawcą jest „Zosia Samosia”, czyli ewolucja, albo - Ktoś ( zwany niekiedy „Tym Który Jest”, w odróżnieniu od całej reszty, której być może wcale nie ma). Jak się wybierze „Zosię”, to zyskuje się wyraźną ulgę i radość samozaspokojenia; a jak drugą możliwość, to ma się niewątpliwy kłopot. Jednakże mimo pozorów różności obydwa tłumaczenia łączy ta sama odwieczna wiara. Bowiem, jak mawia żuk pustelnik, wszystko jest kwestią wiary. Ale w co toto żerujące pod liściem wierzy poza jedzeniem, oraz czy to w co wierzy bądź nie wierzy ma dla tego czegoś jakieś znaczenie? Nie wiem. ”
Tu wzruszyła ramionami i odeszła nie rzuciwszy nawet okiem na liść rytmicznie podrygujący pod gąsienicą, która znowu pojawiła się na jego wierzchu.

*
- Co to jest? – spytała Felicja patrząc niechętnie na sterczący przed nią kawałek czegoś nieokreślonego w kolorze brązu.
- Też chciałbym wiedzieć – mruknął stojący za nią żuk gnojarz – Choć apetycznie wygląda do niczego mi nie pasuje, a zagradza drogę.
- Jak się nie da przejść, to trzeba obejść.
- Kiedy się nie da.
- Co znaczy ”nie da”? O, tamtędy na przykład – wskazała mysz - I co tu tak śmierdzi? – dodała.
- Tam jest bagienko, że ho ho. Po drugiej stronie też. A tu jest grobla. Żeby zaś coś śmierdziało, to ja nie czuję.
- Niemożliwe!
- A jednak.
- To ja to przeskoczę i już – zdecydowała Felicja.
- Szczęściara – sapnął żuk z zazdrością.
- Niemniej chciałabym wiedzieć, co tu takiego tkwi w drodze.
- A ja akurat nie.
- Nie masz pan pasji poznawczej – stwierdziła mysz.
- Nie mam.
- Cóż, więc sama to zbadam.
- No to ja zostawiam swój bagaż i żegnam – powiedział gnojarz i zawrócił.
- Noż… A fe! Przecież…A fe! No jak tak można?! A zabierajże pan tę swoją śmierdzącą kulę!
A kiedy nie doczekała się reakcji uzupełniła nawoływanie rozpaczliwym – Co, nie szkoda jej panu?
- Zachodu szkoda. Nową sobie zrobię we właściwym miejscu. Ta niech pani służy. – odkrzyknął chrząszcz.
- I tak oto zwykły smród rozwiał całą moją pasję poznawczą, pozostawiając przenikające się niezaspokojone pragnienie naukowego odkrycia oraz dokopania prostackiemu żukowi – stwierdziła Felicja możliwie szybko oddalając się od przypadkowego upominku.

*
- Mam wyraźnie rozbuchaną wyobraźnię – powiedziała Felicja patrząc pod słońce – Nie, to tam, to nie jest to o czym myślę. A może jednak? Spoko. Taki jeden biedronek myślał, że to co widzi, to egzotyczna biedronka i wlazł pod tramwaj. Analogie bywają zatrważające. A co tam – sprawdzę! Podejdę zapytam, zawsze zdążę uciec…Gdybym to ja była Giulietta Masina, a ten tam Federico Fellini, to wiedziałabym co i jak. Zaczęłabym od „buongiorno signore”, ale mam wrażenie, że ten tu nawet przy „dobry den, pane” nie zaskoczy. No tak mi jakoś wygląda, ale poza tym to sama męska słodycz… Nie, nie mój drogi, tych „siema mała, jak leci?” bez konieczności odpowiedzi, to ja się tyle nasłuchałam, że wystarczy. Wracam na swoją drożynę. Sbohem, milaczku!
I tak się zakończyło, to co się nie zdążyło zacząć.

*
- Skąd tu odcisk kopyta?! – wykrzyknęła Felicja i cokolwiek znudzona już wędrówką skwapliwie zainteresowała się śladami przecinającymi ścieżkę.
„Coś kopytnego łazi tu nocami – rozważała – i niby nic mi do tego, a jednak wznieca to we mnie niepokój, który zdolny jest rozpalić moją wyobraźnie do czerwoności. Powiedzmy, że wędrują tędy jednorożce na swoje balangi podczas pełni księżyca, albo kosmate satyry gonią nimfy ( nawet jakieś piski słyszałam tej nocy ), względnie centaury ścigają się z pegazami… i wszystko niby jasne. Kłopot w tym, że ja nie wierzę w jednorożce i centaury, a ostatnio konie widziałam w stadninie, zaś tego w co ja wierzę lepiej nie wymieniać.”
Tu dosyć nieufnie przyjrzała się okolicy, ale śladu nie porzuciła, wręcz przeciwnie, wzięła ogon w garść, żeby się jej nie plątał pod nogami i poszła jego tropem z nosem przy ziemi.
- Czego tu chcesz myszo? – rozległo się w pewnej chwili, gdy mijała dziurawcowe zarośla na wzgórku.
- Idę sobie – odpowiedziała grzecznie Felicja.
- Po jajeczka, nieprawdaż?
- Skądże! – odburknęła nasza bohaterka.
- Ach „skądże” – przedrzeźniał ją głos w zaroślach – Podejdźże no bliżej, a dam ja ci jajeczko! – uzupełnił z oczywistą groźbą.
- A z kim to ja rozmawiam? – naburmuszyła się mysz.
- Z prawowitą właścicielką jajek– obwieścił głos, dodając zaraz - i gniazda. To na wypadek, gdyby ci jeszcze inny pomysł wpadł do głowy. Ale, żeby nie było, że jestem bez serca, to dodam, że trochę w lewo a znajdziesz smaczne bedłki. Pewnie, że grzyb nie ma wartości jajeczka, ale głód oszukasz. Nie dziękuj i zwiewaj.
Mysz skrzywiła się, splunęła ukradkiem, ale bez dalszego roztrząsania tematu poszła we wskazanym kierunku. Zaraz jednak przystanęła, no bo – pomyślała – „jeśli rosną pieczarki, to przecież na końskim nawozie…”
- Ej ty tam! – zawołała.
- Czego jeszcze?!
- Nie unoś się tak, bo zrobisz sobie jajecznicę. Czy tutaj pasą się konie?
- Nie pasą?
- Zachodzą?
- Nie zachodzą.
- To skąd tu ślady kopyt?!
- Przestańże wrzeszczeć, bo mi się maleństwa przelękną i urodzą z czkawką. Nic nie wiem o żadnych śladach. Wiesz ty co, znieś no sobie chociaż jedno jajko, a też przestaną cię interesować. I cicho mi bądź, bo zejdę i wytłumaczę dobitniej.
Tu krzaki wyraźnie zafalowały i mysz zrezygnowała z dalszych pytań.
- Zaraz! Czekaj no – zawołano za nią niespodzianie – Jakaś koza wczoraj tędy lazła, to stąd może te odciski co cię uwierają.
- Nie jeleń, albo sarna? – z resztką nadziei spytała mysz.
- Niewyraźnie mówię? KO-ZA. Co tobie myszo do kozy?
- Nic mi – mruknęła Felicja tracąc naraz całe zainteresowanie tajemniczym tropem.

*
„Tam gdzieś toczą się sprawy, którym się wydaje, że są niebywale wielkie, a ja sobie tu siedzę – rozmyślała mysz – One nie wiedzą o mnie, ja mam je w pełnej niewiedzy i niewątpliwie jest nam z tym dobrze. Mnie w każdym razie na pewno.”
Odpoczywała na niewielkiej skarpie, a przed nią rozlewało się morze łąki. Zielone i tak cudne, że aż nieprawdopodobne w swym pięknie.
„I tam gdzieś są jacyś wielcy ( jak im się wydaje ) władcy, urzędnicy i jacyś inni ważni ( jak im się wydaje ), ale to właśnie mnie dano skarb tej łąki i tej wyjątkowej chwili. O Boże!...
Tu rozmarzyła się w długim dziękczynnym niedowierzaniu.
Raptem zawołała radośnie: - No patrzcie tylko, ale żem się wyabstrahowała! - i roześmiała się wielkim szczęśliwym śmiechem, nie zwracając wcale uwagi na trafność, bądź błąd tego ustalenia.
Gdybyśmy ją o nie zapytali, odpowiedziałaby zapewne czymś w rodzaju:
- Tak jak są prywatne objawienia, tak są i prywatne konstatacje. Można je przyjąć, albo w nie wątpić. Wolnoć Tomku w swoim domku! Moja bajka, moje zabawki i nikomu nic do tego.
Odeszlibyśmy więc jedynie z dodatkowym ciężarem mysiego śmiechu na barkach, zamiast zachwycającego wspomnienia powidoku.

*
- Gdyby tak zapalić ognisko i dołożyć nim niebu gwiazd, bo one są z ognia jak iskry, prawda?
- Nie wspominaj o tym przy Teofilu. – powiedział Filip.
- A to z powodu?
- Z powodu, że jego pradziadka upieczono w ognisku.
- Nie! Jak? Kto?
- Cyganie. Taki mają zwyczaj. Oblepiają jeża gliną, pieką i mają to za specjał.
- Przecież oni tylko w kółko śpiewają i pięknie tańczą…
- Tak, a w przerwach pieką jeże i węże.
- Nieprawdopodobne!
- Oczywistość zwykle najbardziej zdumiewa i wygodniej o niej nie wspominać, w tym wypadku przynajmniej przy jeżach.
- Ależ tylko o prawdzie warto rozmawiać, nawet tej najtrudniejszej, bo ona oczyszcza i uczy – wykrzyknęła Felicja.
- W tym względzie zdania są podzielone i po prawdzie na prawdzie to już się był przewiózł jeden decydent parę wieków temu. Bo i cóż to jest ta prawda?
- Jak to co?! Prawda - to prawda.
- A nie, nie można tak bezkompromisowo, moja droga, wszak ja mam swoją prawdę, a ty swoją…
- Coś podobnego! I nie ma wspólnej?!
- Jak powiedziałem: zdania są podzielone. Podział biegnie przez środek, tak jak przedziałek między półd… No, mniejsza o to między czym a czym. W każdym razie można to uznać za wyśrodkowanie relatywne, czyli poprawne.
- Jeśli tak, to Cyganie nie upiekli pradziadka Teofila.
- Co znowu! Oczywiście, że upiekli!
- Ja twierdzę, że nie.
- A ja mam przesłanki, że owszem.
- Czyli możemy się tak rozdrażniać do skończenia świata, a rozdzielenia nigdy się nie zejdą. Ważne jest więc to co uważa Teofil.
- On stoi w poznawczym rozkroku. Raz sądzi tak, a raz inaczej. Od czego to zależne nie wiem, być może od pogody, albo od trawienia. Tak czy owak ostatnio przychyla się ku twierdzeniu, że jednak nie upiekli. Co będzie głosił jutro, nie mam pojęcia. Jeśli bojowo nastroszy igły i zacznie fukać, to będzie znaczyć, że ( jak już bywało) powrócił do poprzedniej koncepcji wydarzeń.
- A powinien stanąć w świetle aksjomatu i przestać się dąsać na rzeczywistość, skoro ona jest taka, a nie inna. Po cóż żyć w stałym zamęcie?
- Ależ on w nim już jak najbardziej stanął i się od niego świadomie odwrócił.
- Foch, który niczego nie zmienia!
- I tak i nie, bo któż może teraz bez wątpienia twierdzić, że za plecami Teofila nadal istnieje ta domniemana prawda, skoro on jej nie dostrzega i odtąd pozytywnie myśli o wszystkich wędrowcach. A że omija wszelkie obozowiska i nie lubi ognia, to tylko takie tam jego niegroźne dziwactwo, wynikłe z obawy o niekontrolowany rozrost egzystencjalnego stresu, charakterystycznego dla wszystkich wrażliwych intelektualistów, za jakiego Teofil chce niewątpliwie uchodzić.
- Mój Boże, jakie to wszystko skomplikowane! – wykrzyknęła Felicja.
- Właśnie – przytaknął Filip.
I zamilkli na długą chwilę, przy czym Felicji przeszła chęć rozpalenia ogniska, mimo tego, że zaczęło jej być zimno.

*

Wtrącenia pierwsze, czyli mysie uwagi podczas przebiegania gościńca:
- Czajka, cztery jajka, a wrzasku jakby kopę zniosła.
-Ty zającu, ty mnie nie strasz. Siad. Słupek. Ślepia w horyzont, potem - srrru zakosami!
- Co taki kwiatek ma z życia? A jednak kwitnie.
Do ważki: - No co tak latasz? Co latasz? Wydaje ci się, żeś bocianem czy co? Ostrożniej trochę, bo skrzydełka uszkodzę i będzie gąsieniczka.
- Parzy ten piach, że…Ach! Obrączka! Chyba złota. Czy to ja jestem sroka? Po co mi tu złoto? No ładna jest, z fajnym szlaczkiem w sosenkę. Potoczyć by ją można? O…Uwaga! CIEŃ! Uf - rów!
Koniec wtrąceń pierwszych.

*
Felicja leżąc w trawie gapiła się na chmury paradujące nad łąką.
- Para, mgła, a jaka zajmująca. Zawsze takie same i zawsze inne. Można na nie patrzyć bez końca. A w ogóle to najładniejsze chmury rodzą się nad rzekami, są zielonkawe, pachną tatarakiem i niosą w sobie rzeczne niespodzianki – opowiadała sobie – Jeśli podczas powstawania zakręci nimi wiatr, to zabierają w podróż po niebie nie tylko ryby, czy żaby ,ale nawet wodników z samego dna. Złoszczą się oni potem na niechcianą przejażdżkę i dlatego czasem z jasnego nieba zrzucają pioruny. Widziałam kiedyś długą siwą brodę takiego frustrata wlokącą się za chmurą jak ogon za latawcem i jego wykrzywioną gniewem gębę, która chciała mnie opluć. Niektórzy tych nieszczęśliwych wodników mylą z płanetnikami i to je jeszcze bardziej rozsierdza, bo płanetnik to tylko służący, albo nawet niewolnik sterujący chmurami, a wodnik to panisko na swoich rzecznych włościach. Samodzielny okręt i ster w jednym. Oczywista to prawda, że świat od zawsze dzieli się na dwie klasy społeczne: władczą i niewolniczą. W środku ma zaś balansującą galaretę, która sama istnieć nie potrafi. Władcy podczas pałacowych przewrotek niekiedy się zmieniają, niewolnikom i galarecie raczej to się nie zdarza. Porwany wodnik ma więc poważny powód, żeby się obrażać na taką pomyłkę. Uważajmy więc na to, co widzimy w chmurach i jeśli nawet wydaje nam się, że mamy pewność co do interpretacji obserwowanego widoczka, to nie wypowiadajmy tego głośno, bo a nuż się mylimy i wtedy możemy nagle oberwać gradem, albo i piorunem, i po co nam to? Ale spokojnie - większość chmur jest pusta, pomijając oczywiście naszą wyobraźnię, która je wypełnia. A co my wtedy widzim proszę wycieczki? Otóż czasem jest to coś szczególnego i niezwykłego, ale nie łudźmy się, najczęściej to sieczka przypadkowych obrazków, którymi nierozważnie napchaliśmy sobie łeb…I cóż ja teraz dostrzegam nad sobą? E tam…Może lepiej sobie tego nie opowiadać przed spaniem – ziewnęła zwijając się w przedsenny słodki kłębuszek.

*
- Dla mnie obecna sztuka – zwróciła się mysz do pająka kolekcjonera – to rodzaj pudełka, często doskonałego zewnętrznie. To niekiedy wręcz mistrzostwo formy. Ale kiedy otworzysz takie pudełko, to najczęściej niczego w nim nie ma. Pustka, proszę pana. A ja wolę nawet zewnętrzną siermiężność ze skarbem w środku. Co mi po najpiękniejszych nawet pudełkach? Zaś do rzadkości dziś należy równowaga między treścią a formą i nic nie wskazuje, by miało się to zmienić. W ogóle to współczesną sztukę, bardziej się wydala, niż tworzy, proszę pana.

*
- No uciekłam. Uciekałam, aż się za mną kurzyło! Niewesoło się zapowiadało, co wcale nie znaczy, że chciano ze mnie zrobić myszkę laboratoryjną. Przede wszystkim nie mam na to warunków. Nie ta rasa, że tak powiem, nie ten wdzięk również. I oczków czerwonych nie mam, a to jak mi się wydaje jeden z warunków przynależności do grupy laboratoryjnej. Zwykłą myszą jestem, polną poniekąd, która chciała się udomowić, ale jej się nie udało z tak zwanych „przyczyn obiektywnych”, czyli całego tego zewnętrznego draństwa, które chciało mnie zniewolić. Co to było? Też pytanie! Wszystko po trochu. I dobre żarcie, i kuszące propozycje, i zastraszanie, i dosładzanie… Różności, proszę pana, w zależności od etapu uzależniania. Tak się w końcu zrobiło, że czułam się jak mucha w mazi. Mowy już nie ma, żeby taka latała, a i łazić już ledwo potrafi. No tom się zebrała w sobie i uciekła. W ostatniej chwili może, bo właśnie wieść się groźna zaczęła rozpowszechniać między myszami, że coś straszliwego lezie w kierunku domu. Jakoś nie miałam ochoty sprawdzać co to takiego, w konsekwencji czego tu jestem, co nie oznacza wcale, że się tu zatrzymam.

*
Złota klatka, to też klatka – zauważyła Felicja. - W starym stylu można to tak ująć: „Felicior est conditio muris sylvestris quam domestici” ( Szczęśliwsza jest kondycja myszy polnej niż domowej ), co uklasycznił był filozof Tymon odpowiadając na zaproszenie księcia ateńskiego Peryklesa, który obiecywał mu u siebie wszelkie dostatki i wygody. To dopada wszystkich myślących niezależnie od czasu – podsumowała z przekonaniem, a żaba Teodozja prychnęła lekceważąco.

*
- Ale zimny ten czerwiec! – trzęsła się liszka na kłosie turzycy.
- Przecież to przez ocieplenie. Nie wiesz nic o ociepleniu? – słysząc to powiedziała Felicja.
- Przez ocieplenie? – zdumiała się gąsienica.
- Oczywiście. Ocieplenie powoduje oziębienie.
- Że co?!
- Że naukowcy tak twierdzą, więc nie sil się być mądrzejsza od nauki.
- Rozumiem… A kto im za to płaci?
Na co mysz odrzekła z nieukrywanym niesmakiem : - Tyle ci tylko powiem gąsienico, że twoja nieuzasadniona dociekliwość nie ma nic do rzeczy i w ogóle jest nie na miejscu.
- Chyba zejdę pod ziemię, bo na powierzchni nie da się już żyć zdrowo – oświadczyła liszka.
- Żegnam ozięble – wycedziła mysz i odeszła.
– Zwykły nieuk, spiskolubna podziemna miernota… – mamrotała potem przez dobrą chwilę – No przecież trzeba się czegoś trzymać, a jak nie nauki to czego u licha? Jaka nam inna poręcz jeszcze została?

*
- O popatrz, zgubiona fletnia Pana! – zawołała mysz do rzęsiorka Rzeczka.
- Pana Wojtka?
- Pana w ogóle.
- Acha, bo ja myślałem bardziej szczegółowo.
- Ale dlaczego pana Wojtka?
- Bo pana Wojtka znam.
- No tak…
- Czyli jego też może być?
- No może, oczywiście.
- Tylko że ja u niego nie widziałem takich patyczków.
- To trzcina, nie drewno.
- Lepiej, bo lżejsza.
- Nie całkiem o to w tym chodzi.
- Pewnie, że nie o to, ale zauważyć nie zaszkodzi.
- Widzisz? Tu, dajmy na to, pastuch dmucha i wtedy to gra.
- Sprytnie podpatrzone.
- Proszę?
- Mówię, że pewnie podsłuchane jak wiatr dmuchał trzciny.
- Możliwe.
- Pewnie, że możliwe.
- Problem w tym czyja to własność.
- Jakiegoś pana. Sama mówiłaś.
- Taa…Najlepiej niech sobie dalej tu leży to cudo.
- Jak się piszczałka sama zgubiła, to się może i sama odnajdzie.
- Tajemnica odnajdywania jest dosyć zawiła w swej prostocie i lepiej w nią zbytnio nie ingerować. Są cztery kierunki świata, a nie wiadomo w którym poszedł jej właściciel. A mówiąc między nami: róża kierunków jest znacznie bardziej rozbudowana. Zresztą zupełnie wystarczą cztery, żeby się całkiem w nich zagmatwać. Dajmy na to, że będziemy chcieli mu zanieść zgubioną syringę i pójdziemy nie tam, gdzie on się znajduje, albo on w międzyczasie wróci tutaj i nie zastanie swej zguby. Wtedy tajemnica odnajdywania jeszcze się pogłębi, czyli ta nasza uczynność spowoduje dodatkowy kłopot i nam, i jemu.
- Jak ty pięknie potrafisz wszystko wyjaśnić! – zachwycił się Rzeczek.
- No mam już taką zdolność - skromnie zgodziła się mysz.

*
Lało już trzeci dzień, a zanosiło się na dużo więcej.
„Z rozpaczy przyjdzie gryźć życicę, to jedyne na tej łące trujące trawsko, bo długo nie wytrzymam w tej pogodowej beznadziei – dumała Felicja obserwując świat spod liścia łopianu - I pomyśleć tylko, że dopiero co do znudzenia: nic tylko słońce i słońce, na które w ogóle nie zwracałam uwagi. Gorąco jak w piecu. Tam i siam obłoczki po niebie na wzór kłębków pierza wyskubanego gęsiom przez psy… Naraz budzisz się, a tu bez żadnej konkretnej zapowiedzi deszcz, że tylko gryźć ogon. Gdybym chociaż teraz siedziała w jakiejś bibliotece, to pogłębiałabym przynajmniej swoją wiedzę. Pojadłoby się Miłosza, przegryzło Szymborską, na deser zostawiając Tokarczuk i z pełnym brzuchem jakoś by się może zniosło ten potop. A tak? Głupoty mi do łba przychodzą takie jak te stare wierszyki:
To w szyby deszcz dzwoni deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki miarowy niezmienny
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno
Jęk szklany płacz szklany a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny
O szyby deszcz dzwoni deszcz dzwoni jesienny…
No rozpacz! Tym bardziej, że czerwiec dopiero.”

*
- Rozdzielnopłciowość jest podstawą…- kontynuowała mysz swoją perorę stojąc na żółwiu błotnym, jak na trybunie.
- Ty Felciu, ty się nie wymądrzaj. Rozdzielnopłciowe to bywają rośliny, ssaki nie muszą. Są swawolne, bo wolne. Nie po to ssak ma ssawkę, żeby pić nią kawkę. – przerwał jej znaczący szuwarowy rechot.
- Jakiś płaz się nam bezczelnie wtrąca – mruknął żółw.
- Kolejny ekspert od ssaków – parsknęła Felicja.
- Zamknij się gadzie! – zawarczało w oczeretach, a potem rozniosło po trawach sfałszowane śpiewanie : „Nasza jest płeć i oprócz płci nie mamy nic, prócz tej jednej…” .
- Szaleństwo ogarnia i łąkę, a ja nic nie poradzę na taką przypadłość – orzekła mysz i zlazła z żółwia.
*
„Całą noc te zielonkawe błyski po krzakach…Ja rozumiem, że świetliki, ja rozumiem, że może i ładne, niezwykłe, ulotne jak gaz z otwartej coli, ale jak się ucieka tak jak ja, to wcale nie są aż takie zachwycające w swej wyszukanej efemeryczności. Całą noc miałam wrażenie, że żarzą się papierosy, to tu to tam. Wystarczy, takie skojarzenie, żeby nie spać. Kto tu może palić papierochy jak nie tamci od hasła: „ Nasza mowa miłości może połamać ci kości”? No więc miałam bezsenną noc i drugi raz nie pragnę przeżywać jej piękna. W dodatku teraz ( ależ ten czas leci! ) widzę już w kałuży kijanki. Dwie, cztery, pięć, choć dopiero był skrzek…A ja dalej nie wiem dokąd idę i czemu mam zaufać. Wiem tylko przed czym uciekam, ale to jednak zbyt mało, żeby się zatrzymać i osiedlić. Czy ja nie mogłabym być takim nartnikiem jak te o tutaj i ślizgać się po powierzchni? No więc, jak się okazuje, nie mogłabym jednak, sama dokładnie nie wiem czemu. No ale dzień zapowiada się piękny! I tego się trzymajmy.”
- Pani gąsieniczko, pani widzi jakie dziś mamy obłoczki? Och: „skądże”; a to mruk pieroński! I chciej tu pozytywnie ustawiać się do świata…

*
- Czekaj tatka latka mawiała Agatka. Gdybym to ja miała, to bym może dała, ale że nie mam, to próżna nadzieja proszę czarodzieja. No co się do mnie robak przyczepił? Co się przyczepił? Nie czaruj słoneczko. Czy ja jestem skarbonka, co? No, to niech nie bełkocze, tylko poprawnie wymówi : przepraszam i do widzenia panience. Prze-pra-szam i do-wi-dze-nia. No mniej więcej tak. To pa robaczku. Pa!

*
Gdzieś tam na końcu świata, był dom dzieciństwa... Jakież tam wszystko było proste i łatwe! Jakie wzruszające. Jakie świeże i duże…No i co? No i bzdo. Było i się zbyło. A teraz jest to, co jest i wcale nie wiadomo czy będzie jeszcze inne – podsumowała Felicja poranne rozmyślanie i dla kurażu zaśpiewała sobie przyśpiewkę ( licho wie czemu akurat taką ), której tu nie przytoczę .

*
- Są różne sekretne życia – tłumaczyła Felicja Filipowi – niewątpliwie więc jest także sekretne życie pszczół. Wystarczy wsłuchać się w tonacje ich pobrzękiwania, kiedy wracają do ula, żeby w to uwierzyć. Między nami mówiąc, muchy także mają swoje starannie ukrywane życia i przeżycia. Drobne zachwyty i porażki co do koprofagii. Tyle tylko, że tego nikt specjalnie nie śledzi, bo nie dosyć, że zapach męczy, to niczym się nie wyróżniają, a już nieszczególnie kolorem. Chyba, że to mucha mięsna, ze złoceniem na grzbiecie, ale taka mucha, mówiąc między nami (co już zaznaczyłam), jest wyjątkowo paskudna i mało kogo obchodzi. Nie sądzę jednak, by to było całkiem słuszne, bowiem umyka nam w ten sposób istotna wiedza o świecie, która z różnych względów byłaby nam pomocna. No, ale myśmy tu przyszli nie dla pszczół, czy nawet much, ale dla pospolitych komarów, co mówiąc celnie rzuconym żwirkiem trafiła w najbliższego, wołając przy tym radośnie:

- Trafiony, zatopiony! Cholera jasna, już ja im dam sekrety! Teraz ty Filipie. Pluń na ekologię. Śmiało!

*
- Ludzkość równa się postęp – pouczał karaluch – Wiem, bo współpracujemy ze sobą od momentu mego urodzenia. Wyznam jednak, że niepokoją mnie pewne nielogiczności, jak choćby ta: dlaczego ludzie ustawowo chronią konie, a lekceważą biedronki, chociaż także je lubią?
- Bo konie są większe i łatwiej je zauważyć?
- Niewątpliwie, ale to nie jest patrzenie postępowe. Współczesna ludzkość patrzy perspektywicznie i stara się tworzyć raj dla swoich wnuków…
- Wnuków?
- Nie łap mnie za słowa Felicjo! Niech będzie – prawnuków. Nie w tym rzecz. Biedronka ma taką samą wartość estetyczną jak koń, a od użytecznej roli zwierząt ludzkość już na szczęście odeszła. Więc o co w tym chodzi? Jakaż to będzie przyszłość bez biedronek?
- Bez koni byłaby trudniejsza, bo na czym tu sobie pokłusować…
- Konie jeszcze można spotkać w stadninach; cóż, tyle tylko ich zostało. Reszta zaharowała się na śmierć! Biedactwa. Dobrze, że chociaż je udało się uratować wyzwalając z niewolnictwa u ciemnego chłopstwa.
- Krów też mało…- wtrąciła mysz.
- Są jeszcze, są… ale pomyśl trochę o biedronkach! Co z nimi będzie?
- Wróbli też mniej jakby i jaskółek…
- Bo bydła mniej ( się wyzwoliło i nie ma, normalna kolej rzeczy ), trzody mniej, ziarna mniej, much mniej ( co się lęgły w nawozie)… Jednak los biedronki, to prawdziwy problem.
- No i ocieplenie.
- O, właśnie! – skwapliwie przytaknął karaczan.
- Dobrze, że przynajmniej dziura ozonowa przestała dręczyć ludzi.
- Nooo, fakt.
- A jak się ma pańska rodzina?
- Tradycyjnie wszyscy zdrowi. Nie można narzekać. Żywności w bród, sporadyczna dezynsekcja, szczytujemy ku najwyższemu poziomowi ewolucji.
- No proszę, ile to razem można osiągnąć!
- Przeciwnie. Dzisiaj tylko indywidualyzm, grupowo to seks najwyżej. Odwrotnie niż kiedyś.
- Tak czy owak, jakie to szczęście, że te sprawy mam już za sobą – odetchnęła mysz z ulgą.
- I nie tęsknisz…
- Skądże! – odparła mysz i roześmiała się, słysząc, że zabrzmiało to jak głos gąsienicy - Czas ma to do siebie, że gryzie co się da, bez wyboru – dodała - Ostatnio trochę nadgryzł mi pamięć i czuję się teraz znacznie lepiej. Może i pan w chwilowej amnezji zrobiłby sobie króciutki urlop od paranoi?
- Ech wy - uchodźcy! – z wyraźną pogardą mruknął owad, wzruszył czułkami, położył je smutno po sobie i rozpłynął się w zieleni murawy.
- Jakże bajecznie nieopodal wyka nam zakwitła…- doleciało jednocześnie z zielska.
- Kwiecie pachnie…- westchnęła mysz z rozmarzeniem.
- Danuśka?!
- Felicja.
- Ot, bo w tej gęstwie traw rozeznać nie sposób, a poznać bym pragnął…
- A odszczepcie wy się wszyscy ode mnie! – rzuciła nasza bohaterka zabawne przejęzyczenie i odwróciła się na pięcie.

*
Modliszka jest niezwykle praktyczna. Wie gdzie, kiedy i w jaki sposób. Przewiduje promocje, obniżki i przeceny. Jest ostrożna i skuteczna. Ogólnie ma się dobrze. Złoszczą ją tylko motyle latające bez celu nad jej głową. Obserwuje je spod zmrużonych powiek i czeka. Zauważyła to Felicja i nie wiedząc co o tym sądzić, ograniczyła się do płoszenia motyli wysyłając im zajączki z kieszonkowego lusterka.

*
Spotkana grupka nieletnich mrówek paradowała z plakietkami, na których wysmarowano kolorowe litery: „KPP”
- A cóż to jest u diabła to KPP?! – wrzasnęła mysz jeżąc się mimowolnie jak ryżowa szczota.
- Klub Posukiwacy Psygód, pse pani – wysepleniło zapytane maleństwo.
- Starach jakie ja mam porąbane skojarzenia! – rozczuliła się nad sobą Felicja i zapytała możliwie ciepło, choć jeszcze nieufnie: - I spotkałyście już jakąś przygodę?
- Właśnie mamy pierwsą psed sobą, pse pani – odpowiedziała mrówka.
- Acha – mruknęła mysz i nie pytała więcej.
- Czuwaj! – krzyknęły po chwili przynaglająco maluchy.
- Oczywiście, że będę – obiecała im Felicja.

*
- Co ja mam zrobić? Wytatuować sobie wzorki na ogonie? Dlaczego? Pani żartuje pani jaszczurko. Że tak ładnie, bo pani jest we wzorki? Ale po co? Żeby zwrócić na siebie uwagę? I sądzi pani, że to zmieniłoby w czymkolwiek moje postrzeganie świata? Naturalnie, że nie. Zresztą rzecz w tym właśnie abym nie rzucała się zbytnio w oczy, z powodów których sama do końca nie rozumiem. Czyli jak pani widzi nie znam przyczyny skłaniającej mnie do tego, by małpować pani gust. ( Sorry za określenie, wszak dziś w eleganckim towarzystwie nie wspomina się o małpach, bo małpom uwłacza, że są małpami.) Ad rem: Myszą jestem, myszą pozostanę i tego się nie wstydzę. Ot co! Swoją drogą być może, gdyby nie takie istoty szare, nijakie jak ja, pani piękno naśladujące deseń żmii nie rzucałoby się tak w oczy i nie odstraszało jej wrogów. Zamknijmy więc już ten temat, bo skończymy na durnowatej pyskówce o modzie, a ta niczemu nie służy – zakończyła Felicja.

*
- Słyszałam kiedyś od jednego szarańczaka, który pół życia włóczył się po bezdrożach stepów, taką mroczną dumkę zadumkę o zderzeniu sztuki z pragmatyzmem i chociaż do dzisiaj nie całkiem ją rozumiem często sobie w złości nucę – wyznała Felicja wszystkim siedzącym w kręgu ognia :

Siadła ćma na gitarze
Do dong di da di da
Popatrz miła jak mgła się ściele
Noc jest dzisiaj niecierpliwa i zła
A ja świece mam gasić w kościele.

Daj mi strunę najlepiej C
Ding da dong ding da dong
Wiatr w zaroślach syczy jak wąż…
Chciałam iść bo późno już
Lecz sznurówki schował mi mąż…

Roześmiała się gitara
Do dong di da di da
Moja droga prosisz o zbyt wiele
Na czym księżyc wtedy będzie grał?
I czym Mleczną Drogę rozweselę?

- I tak dalej, co nie jest takie ważne, bo dumka w dalszej swej części również nie daje odpowiedzi na podstawowe pytanie (postawione w domyśle, jak mawiają karaluchy). Nadal więc nie wiem, kto ma tu rację. Ćma czy gitara? – westchnęła boleśnie.

*
Jestem myszą błądzącą – roztrząsała Felicja – Wiem przed czym uciekam, przed niepokojem i chaosem, ale nie wiem dokąd. Ucieczka była tylko pierwszym etapem zmiany. Niewątpliwie była ważna, ale niewiele znaczy jeśli wreszcie nie odkryję jej celu. Uciekać, żeby uciekać nie ma sensu. Czasami wydaje mi się, że już, już a ten cel uchwycę, ale on nieodmiennie jest tak samo daleko jak wcześniej i tak samo konkretny jak fatamorgana. Wypatruję go, a potem pieką mnie oczy… – chlipnęła.

*
Łąka szumiała jak morze. Fale zieleni mieniące się intensywnością barwy niosły pianę pasikoników i zapachy, od których Felicji kręciło się w głowie.
„A mówią, że są tylko cztery żywioły, zupełnie zapominając o cudzie zbiorowisk traw. Swoją drogą wydawałoby się, że taka łąka to morze rozproszeń, a tu okazuje się, szczególnie podczas wiatru, że to wielka harmonijna całość. Jedność z różności. Cudo!” – myślała z zachwytem. Jej ogonem tymczasem bawił się wiatr, na co zupełnie nie zwracała uwagi.

*
- Cóż mi po życiu w fikcji? Żaden ze mnie – elf ( powiedzmy), nawet gdybym w to uwierzyła i zwiodła innych. Nie będę się samookłamywała, motyle skrzydła przypięte do mojego ogona też by niczego nie zmieniły – stwierdziła całkiem rozsądnie Felicja.

*
- Czytam tu – mruczała mysz ślęcząc nad znalezionym strzępem gazety – iż „badania sugerują, że wrony potrafią rozumieć koncepcję zera”. Wielka mi rzecz, zawsze to wiedziałam. Kiedy kończy się żarcie robią kupę i odlatują.

*
Lisy są w porządku. No pewnie. A, że zeżrą jedną czy drugą mysz, to cóż to szkodzi? Lis ma polować, mysz uciekać. Takie jest prawo Bronxsu, a że ja go nie akceptuję, to już moja sprawa wynikająca z mojego światopoglądu, w którym akurat lis nie jest najważniejszy. Naturalnie mogę udawać, że tak nie jest, ale w rzeczywistości jest - i kropka.

*

Dobrodziejstwo łąki jest nie do przeszacowania. Wszystko tu znajdziesz co niezbędne do życia i to ze sporym naddatkiem. Trzeba tylko orientować się w tym co dobre, a co złe; choćby po to, żeby przypadkiem nie najeść się jadowitego szaleju, konwalii, albo tojadu. Tym bardziej, że blekot można bez trudu pomylić z selerem, muchomor zielony z pieczarką i tak dalej. To dalej odnosić się może do zielonego ziemniaczka lub smakowitej zawartości pestki śliwki, wiśni, czy czereśni. Nawet niedojrzałe ziarna lnu mogą poważnie zaszkodzić. Trzeba więc znać całą prawdę o nich, i ta zasada poznawcza jest pierwszą w naszym świecie. W ogóle wydaje mi się coraz bardziej, że to czego przede wszystkim potrzebuję, to jasności w każdym temacie, czyli właśnie prawdy - uświadamiała sobie nagle Felicja.
*
Drugie mysie wtrącenia, na tematy życiowe i nie tylko:
Piłka słońca skacze odbijana przez chmury.
Pajączek - drobina życia na nitce niepewności.
Życie ze swojej natury jest niestabilne.
Interesuje mnie tylko postęp ku Dobru.
Zwykle za fasadą frazesów rozciąga się śmietnisko myśli.
Często to, co wydaje się niezwykle ważne, już w chwilę potem nie ma żadnego znaczenia.
Idę pod wiatr zwątpień.
Koniec wtrąceń drugich.

*
- Dzień dobry – powiedziała Felicja mijając nieznajomego skorka.
- Owszem niczego sobie, ale bywały lepsze – odparł pozdrowiony.
- Ach, tak…
- Oczywiście.
- Właściwie, to ja chciałam tylko…
- No właśnie, czasem zupełnie się nie wie, co się mówi.
- Do widzenia panu…
- Ale czy konieczne jest ponowne widzenie?
- Ech…
- No właśnie!

*
Kolejnego dnia, idąc za obiecującym zapachem wilgoci, tuż przed południem spocona mysz dotarła do źródełka. Wybijało przy starej dziuplastej wierzbie i ciurkając wesołą skrzącą się w słońcu strugą wpadało do niedalekiego zagłębienia, w którym rozlewało się w spora kałużę. Z niej w prawie niewidoczny sposób wsączało się w spragnione trawy, które byłyby tu bujnie rozrośnięte, gdyby nie to, że tratowały je zwierzęta przychodzące do wodopoju, co nas o tyle obchodzi, że w ten sposób przy bajorku utworzył się płat murawy, tu i ówdzie wydeptany i zmieniony w miniaturową plażę.
- No i to jest miejsce na dłuższy wypoczynek. Robię sobie wakacje! – zdecydowała Felicja, zrzucając z ramion plecak. – Sio! – zawołała do pliszek, które piły wodę przy brzegu, zachichotała i plusnęła w toń. Z wdziękiem zrobiła parę kółeczek i parskając wylazła na brzeg.
- I to jest to, o co mi chodziło. Tu nie spiesząc się ( bo i cóż mnie goni? ) można rozważyć dalszy ciąg tej czerwcowej opowieści - stwierdziła przeciągając się rozkosznie i planując króciutką drzemkę. Niebo nad kałużą było bezchmurne, w dosłownym tego słowa znaczeniu i przenośnym co do mysich niepokoi, więc mogła sobie na to pozwolić.
- A pewnie, że mogę – przytaknęła głośno tej myśli i zasnęła.

*
- Trzeba się rozejrzeć po gospodarstwie – powiedziała po przebudzeniu – Czyli zobaczmy co my tu mamy w pobliżu i trochę dalej. O wodzie już wiemy sporo, nic za to prawie o wierzbie, a w takiej wierzbie to licho wie co może mieszkać. W przenośni i dosłownie ( co się w obydwu formach do znudzenia powtarza ). Najgorsza jest ta przenośnia, bo może latać, miękko i bezszelestnie szczególnie nocą. Przy korzeniach zaś może gnieździć się łasica, albo rezydować gronostaj, co na jedno wychodzi, bo guzik mi z tego, że futro gronostaja jest cenniejsze i jest być może ogólnie ładniejszy. Taka dziuplasta wierzba to niepokój, ale i nadzieja, bo ja także chciałabym gdzieś trochę pokoczować, czyli odpocząć. Sprawdźmy więc zaraz co my tu mamy, bo najlepiej to zrobić w pełnym słońcu, kiedy sowa jest ślepa jak kret Leopold i można jej wszystko wmówić. A przede wszystkim powiedzieć wreszcie, co się o niej myśli, nie tylko w sowim, ale i w kocim języku! Ech, miauknąć jej tak nad uchem i zobaczyć przerażenie w wytrzeszczonych nieprzytomnych ślepiach! Może w końcu przyda mi się na coś ten językowy kurs online z poprzedniej zimy? E tam, dość marzeń. Do roboty Felicjo!
*
- Póki co wrobiłam się w przytulię czepną, bo zachciało mi się skrótów. A poszła ty zarazo! - rozsierdziła się mysz próbując wyplątać się z uścisku zaborczego chwastu. „ A może to znak jaki, żeby tej wierzby nie tykać?” – pomyślała i natychmiast zganiła się refleksją - Pewnie, jeszcze mi tylko zabobonu potrzeba do kompletu!
W końcu dobrnęła do wierzby i zdumiała się jej ogromem – No duża jest – stwierdziła – Duża, bo ja jestem mała – poszerzyła swój pogląd – Dobrze, bo jest po czym się wspinać, co zwiedzać i gdzie się ukryć; a źle, bo w zbyt wielu możliwych schowkach, może mieszkać zbyt wielu lokatorów, a ja mam tylko dwoje oczu, cztery łapy i szesnaście zębów, a to zbyt mało jeśli innych oczu i łap będzie więcej, że o obcych zębach nie wspomnę…Ale nie straszmy się przedwcześnie niesprawdzonymi teoriami mającymi nawet pozory prawdopodobieństwa, bo bywało już, że teoria nie do zbicia przy konfrontacji z rzeczywistością pękała jak balonik dziecięcych wyobrażeń. Lęki lękami, a fakty faktami, jak twierdził pewien zaparowany ( wszak był on para-psychologiem ) terapeuta – co mówiąc rozpoczęła eksplorację drzewa.

*
- Nitopies…! – zawołała mysz zaglądając ostrożnie do kolejnej dziupli.
- Nietoperz. – sprostował nietoperz - I co z tego, że nietoperz?
- Czy ja już aby nie spotkałam szanownego w mieście?
- Mnie nie. Ja od miasta stronię. Zapewne kogoś z mojej rodziny.
- Identycznego?
- Mam dużą rodzinę. Zdarzają się podobieństwa.
- Rozumiem, ale żeby aż takie…Jednojajeczne?!
- Proszę? Co też pani. A jeżeli już, to dlaczego - „jedno”? Po co ta nieprzyjemna sugestia?
- Chciałam powiedzieć, że uderzające, po prostu.
- Nie jestem znawcą tematu uderzeń, ale…Czy pani nie miała jakichś upadków ostatnio? Że aż o to z troską zapytam…

*
- Skąd tu ta wierzba? – głowiła się Felicja – Pewnie jakiś wędrowiec wbił swoją laskę i ta puściła listki, no bo w pochowaną tutaj przez Balladynę siostrę, to raczej wątpię (całkiem odwrotnie niż w kręcone z wikliny fujarki). A żeby na takim odludziu wierzba ot tak sobie wyrosła, to ja aż taką ewolucjonistką również nie jestem, żeby w to uwierzyć. Wiatr mi gada, że ją zasiał, ale dlaczego tutaj i po co, to na to nie potrafi odpowiedzieć. Wiem, że możliwe, bo to świszczypała i sporo robi bez sensu, ale żeby o gwoździach, wbitych kiedyś w to drzewo także nic nie wiedział ? Twierdzi, że pewnie wzięły się same z siebie, podobnie jak i przydmuchane nasionko, więc jak mu zaufać? Proszę, tu tkwią te gwoździe, całkiem solidne jeszcze. O - jeden, drugi i trzeci. Resztka dobrej kowalskiej roboty. Po co one tutaj? Ok, przestaję się na razie zajmować żelastwem, staję mocno na łapach, i szukam jedzenia – fuknęła i zaczęła węszyć.

*
- Więc w tej środkowej dziupli mieszkają młode dudki – ustaliła Felicja myjąc się wyjątkowo starannie – Tfu! A niech sobie cholery mieszkają, co mi do nich? Ale takiego sposobu demonstrowania prywatności im nie daruję. Tfu! Już wieczór; pół dnia mi zajęła ta niezamierzona ablucja. No, przyjdzie taki czas, że jeszcze mnie popamiętają! Jedno co w tym dobre to to, że jakoś całkiem odechciało mi się jeść, a jak wiemy dobrowolny post, chociaż świetnie służy zdrowiu, jest dość trudny do zastosowania – wykrztusiła kilkakrotnie płucząc gardło.

*
- Licencja poetica – mruczała mysz patrząc w wodę, w której odbijało się niebo w całym swoim przepychu – Obłoczki, gwiazdki, księżyce... Ulotności, ulotności, a konkretów w tym wszystkim żadnych, nie licząc oczywiście tego o co się obijamy codziennie, a co niczego nie wyjaśnia. No bo co eksplikuje mi taki, dajmy na to, młotek? Uzewnętrznia czysty materializm. Wielkie, namacalne ŁUPS! W materializm się nie wnika, materializm bez zobowiązań się konsumuje i basta. A te tam ulotności w górze nieprzerwanie sugerują jakoby było coś więcej za nimi. Przysłaniają to, bo rzekomo bawią się z nami w ciuciubabkę. Widzicie jakie perskie oczka puszczają wszystkie gwiazdki? Ale jak kawałek takiej gwiazdki się oberwie i spadnie, to zachowuje się jak zwykły młotek a on, jak już powiedziałam, pozbawiony jest wszelkiej ulotności. Kabaret… - westchnęła ciężko.

*
- Nie możemy sobie pozwolić na czcze dywagacje. Trzeba wreszcie kategorycznie ustalić czy był tu wychodek, czy nie! – skonstatował żółw.
- Zauważę tylko, że jednak wychodek, to nie to samo co wychodnia – wtrąciła Felicja.
- Otóż właśnie – fuknął gad – zawsze trafią się tacy, którym coś się nie zgadza. Ziemia mówi swoje, a oni swoje. Natura, droga pani, i jeszcze raz natura. Ot co!
- Ależ ja temu nie przeczę.
- Nie przeczę, a podważam. Tak to wygląda.
- Już się więcej nie wtrącę – oświadczyła mysz z udaną powagą.
- Brawo! Bo to nas rozprasza i odciąga od meritum.

*
- Czasami to nie jest dobrze, kiedy niczego nie mam poza łąką – zastanawiała się Felicja – A czasami to jest właśnie najlepsze. Nigdy nie dosyć mi tego co mam i czego nie mam. Stale szukam, i nudzę się tym, co już znalazłam. Nienasycenie i przesyt. Stała pogoń za cieniem. I ta konsekwencja w niekonsekwencji się powtarza odkąd pamiętam…

*
Kolejny deszcz młócił trawy zaciągając łzawym wodnym bielmem horyzont.
- Czerwiec, a zimno jak w listopadzie – zrzędziła mysz już w drugim dniu ulewy – Wszystko w koło mokre, ale dobrze, że chociaż w tej wierzbowej dziurze jest względnie sucho. Jednak przyjemnie nie jest, no bo jak może być, kiedy mieszaniec ssaka z ptakiem zwisa z pułapu i nie wiesz czy ci nagle nie spadnie na głowę. No bo co pewnego wiadomo o takim dziwadle, które śpi głową w dół? Z jakiegoś tam powodu może zwyciężyć w nim geotropizm; no może, czemu nie? I – pac! Brrr…No miłe to by to nie było, więc lepiej być przygotowaną na taką niespodziankę. Całe noce z nim spokój, bo albo poluje, albo kawalerzy ( kawalerzysta jeden! ), ale we dnie nie ruszy się za próg, żeby nie wiem co. Zwisa, cmoka ( przeżuwa, albo co; nie wiem ) i chrapie ( a bają, że cichutki jak mgła, albo sowa ). Słowem, nie ma co marzyć o pustelniczej samotności, a przecież przy takiej pogodzie jak teraz, aż się prosi, żeby przemyśleć to i owo, na co się nie ma czasu w zwyczajnej porze. Ale jak, kiedy ci w każdej chwili nietoperz może spaść na łeb? Dobrze, że chociaż stąd niezły widok jest na łąki; tyle że teraz nic nie widać… Aaa, z tego wszystkiego chyba się zdrzemnę – burknęła zwijając się w kłębek.
- Wreszcie trochę spokoju – sapnął nietoperz, a deszcz na to wszystko w ogóle nie zwrócił uwagi.

*
- Cóż pani wiesz o poecie Emersonie? – spytała ropucha Teodozja, magnificencja całą gębą.
- O kim? – spytała bezradnie Felicja.
- O Emersonie – powtórzyła żaba.
- Nic nie wiem – wyznała mysz.
- Dlaczego mnie to nie dziwi? – roześmiała się zgryźliwie ropucha.
- Tego też nie wiem. Pewnie jest jakiś powód.
- A owszem, jest – stwierdziła z niebotyczną wyższością Teodozja.
- No to wszystko już jasne – ucieszyła się mysz.
- Jakże można tak żyć bez elementarnej wiedzy? Jak można?! – nadęła się żaba.
- No jakoś można – skromnie odpowiedziała Felicja.
- Nieprawdopodobne!
- Ba. Świat składa się z samych nieprawdopodobieństw – zauważyła mysz, a mówiąc to ukłoniła się grzecznie, po czym niespiesznie odeszła.
- Nie tylko ignorancja, ale i impertynencja! – wykrzyknęła żaba z takim przejęciem, że aż spadły jej okulary.
„ Rzeczywiście, może powinnam zająć się tym Emersonem – zastanawiała się potem Felicja – bo w końcu odrobina rozrywki jest mi potrzebna, a może nawet konieczna”, ale ( co było do przewidzenia ) to spostrzeżenie nie przyniosło spodziewanych owoców i wzniosłe postanowienie zgasło na panewce, nawet bez odrobiny dymu, że się tak ( ze względu na światłe ropuchy, przede wszystkim ) górnolotnie wyrażę.

*
- No jak tam się mamy, moje ty perpetuum mobile? – spytała mysz swój znacząco pomrukujący brzuch – Spoko, dobrze będzie – dodała patrząc w dobry jasny poranek.

*
- Witaj kuzynko! – zawołała Felicja.
- No kuzina. No kuzina – warknęła mysz zaroślowa obrzucając ją złym spojrzeniem.
- No? No to niech ci będzie „no” – zgodziła się Felicja – A znajdzie się tu coś do zjedzenia niekuzynko?
- Ty stąd poszła precz! Wir haben keine zeit. Rozumieć?
- Zawsze być taki sympatyczna? - zainteresowała się Felicja - Tylko tak z ciekawości pytam –dodała.
- Ich verstehe nicht. – oświadczyła obca mysz i pobiegła w trawy.
- Niepodobieństwo jak się wyrodziła – zasępiła się Felicja i aż przysiadła, żeby to krótkie spotkanie przemyśleć.

*
- Co ty mi tu robisz?! – zamachał skrzydłami nietoperz.
- Przestań wzniecać wiatr, bo wszystkie źdźbła wyfruną! O już dwa z pęku wyleciały. Ty wiesz ile wysiłku wymaga włażenie po pniu? – zawołała mysz.
- Po co ci siano?
- Masz go! Jak to po co? Gniazdko sobie ścielę. Ale co taki odwrotnie wypoczywający może wiedzieć o komforcie spania?
- Co wiem, to mi wystarcza.
- Pewnie, przy tej twojej nocnej pozycji, wszelka wiedza hotelarska jest zbędna.
- Czy ja dobrze słyszałem: „gniazdko”? Masz się zamiar rozmnażać, czy jak?
- Nie mam, to zwykłe łóżko. Wiedz, że gniazdka bywają jednoosobowe.
- Nie ufam ci. Najpierw tylko rozmowa, potem pozornie nic nie znaczące odwiedziny, następnie jednorazowy nocleg, dalej uprzykrzone sublokatorstwo, a teraz gniazdko. Nie zwódź mnie, to się rozbudowuje i nie wiadomo czym się skończy.
- Daj spokój, twoja niegościnność jest efektem zapiekłego starokawalerstwa, niczym więcej. A kto tu z kim ma uciążliwość, to z grzeczności nie powiem.
- No wiecie państwo! – fuknął nietoperz i już się nie odezwał do nocy, kiedy to chwilę pokołował nad śpiącą Felicją i pisnął:
- Paskuda.

*
- Więc twierdzisz Filipie, że to źródełko jest cudowne?
- Uzdrawiające. Tak się mówiło, kiedy jeszcze miałem miękką skorupę – sprostował żółw.
- Niebywałe!
- To była tutejsza osobliwość. Chorzy przychodzili tu nawet z dosyć daleka. Wszystko zaczęło się dosyć zwyczajne, chociaż nie bez elementów mistycyzmu. Otóż dawnymi laty, w wielki upał, szedł tędy pewien pielgrzym, siadł przy kępie żarnowca, który tu wtedy rósł i szepnął:
- Mój Boże. Wody. Łyk wody…
Ale woda pojawiła się dopiero wtedy, kiedy odszedł. Ni stąd ni zowąd i to obficie…
- A z jego laski, którą zostawił, wyrosła wierzba. Wiedziałam! – zawołała Felicja.
- Nie Felicjo. Chyba pomyliłaś pielgrzyma i miejsce. Dużo później wiatr przyniósł nasionko, wsadził w rozmiękły od wody grunt i wierzba zaczęła rosnąć jak burza.
- Szkoda, bo to mi się tak ładnie układało – zasmuciła się Felicja - A wiesz może skąd te gwoździe w drzewie?
- Wiem. Czort się potem do wierzby sprowadził i stąd gnębił okolicę, trzeba go więc było kapliczką pacyfikować. A potem źródło wyschło…
- Jak wyschło, jak jest!
- Bo znowu wybiło, całkiem niedawno. Ale wcześniej wyschło. A kiedy wyschło przestali tu przychodzić cierpiący i gapie, bo nie było po co. Miejsce zarosło burzanem, a o kapliczkę nikt już nie dbał. Zmurszała więc i rozsypała się ze starości. Wtedy znikąd pojawił się obcy jednooki kruk. Przylatywał codziennie, siadał na czubku drzewa i niepokoił krakaniem, w którym niekiedy można było usłyszeć jakiś zrozumiały wyraz. Najczęściej była nim „dupa”, a ściślej: „No i dupaaa!”. Różnie o ptaszysku szeptano po krzakach, jednak nikt nic pewnego nie wiedział. Zresztą tymi swoimi wrzaskami nie pozwalał się nad niczym skupić, za to tak nim obrzydził wszystkim życie, że koniec końców wyniosły się stąd nawet ropuchy. Wtenczas on także zniknął. Jak teraz się sprawy potoczą, kiedy znowu jest źródło, pojęcia nie mam. Nawet jeśli woda ma swoje dawne właściwości, to zapewne długo jeszcze, poza mieszkańcami łąki, nikt tutaj nie trafi, bo starożytna droga prowadząca obok, od lat już nie istnieje… Ależ się zmęczyłem tym tekstem – jęknął żółw i zapadł w starczą drzemkę.
- Jesteś taki mądry Filipie… Masz jakieś prywatne przemyślenia co do źródła i kruka, bo to bardzo interesujące?– spytała przymilnie mysz.
- Wcale nie jestem mądry, ja tylko przebywam wśród większych od siebie głupców – sapnął żółw nie otwierając oczu i Felicja nie odważyła się już więcej przerywać mu wypoczynku.

*
- Ej ty myszowaty – zwróciła się Felicja do zwisającego z sufitu nietoperza – nie wybierasz się dzisiaj na oblot?
- A co ci do tego? Gości się spodziewasz, czy co? – sennie odrzekł zapytany.
- Spóźniony jesteś, a noc już głęboka, dlatego pytam.
- Jaka noc, kiedy widno? A ostrzegałem, żeby nie jeść tyle ostrężyn, bo sfermentowane…
- Widno bo próchno świeci, ślepoto jedna!
- Próchno? No proszę. Zawsze wydawało mi się, że wieczorami coś tu jest nie tak, teraz przynajmniej wiem co. A kiedy wszystko jasne, to żegnam i lecę.
- Tylko uważaj na siebie, bo wiedza często mocno obciąża nieprzyzwyczajone do niej głowy.
- Czyli, że co?
- Czyli, że możesz gwałtownie przyziemnić matołku.
- No tak, to my rozmawiać nie będziemy! – obruszył się nietoperz.
- Pewnie, że nie będziemy. Dobranoc latawcowi! – ucięła mysz zakopując się w swoim gniazdku.
- I tobie również paskudo. – westchnął gacek i odleciał.
- Cokolwiek by o nim nie powiedzieć z powodzeniem leczy bezsenność, skutecznie zastępując barany. Już mi się oczka kleją… – ziewnęła Felicja śledząc jego ewolucje na tle księżycowej tarczy.

*

Brama wisząca na jednym zawiasie jękliwie piszczała przy każdym porywie wiatru, aż Felicja nie wytrzymała przechodzących ją rytmicznie dreszczy i zwróciła się z wyrzutem do rozbawionego towarzystwa obrzucającego się kasztanami :

- Mógłby ktoś wreszcie coś z tym zrobić!

- Z czym? – zdziwił się chomik.

- Zzz bra-mą – wycedziła mysz.

- Że niby co?

- Że niby piszszczczy…

- Aaa, że piszczy… No niech sobie piszczy jak lubi. Komu to przeszkadza?

- MNIE przeszkadza!

- Tobie…No tak, bo jeszcze nie jesteś nasza. Jak już będziesz nasza, to przestanie ci przeszkadzać – powiedział chomik i pobiegł za toczącym się wyjątkowo pięknym kasztanem - a mysz się obudziła.

Dlaczego mnie nawiedzają takie dziwne sny? – zastanawiała się potem.

*
- Prawdę powiedziawszy nie widzę wielkiej różnicy między tak zwanym życiem poważnym a zabawą. W jednym i drugim wypadku chodzi jednak głównie o zadowolenie – zawołał pasikonik.

- I gadaj tu z takim, jak on niczego nie rozumie – wzruszyła ramionami Felicja.

- A tak w ogóle, to o co ci chodzi? – dziwił się skoczek.

- O wszystko – powiedziała mysz – ale ty i tak tego nie pojmiesz. Nie martw się jednak, bo nawet żółw ma z tym kłopot – uzupełniła.

*
Mysz siedziała w wejściu do swojej dziupli i patrzyła w dal. Była syta i trochę senna, zawładnęły nią więc rozmarzenia. Bezmiar łąk rozkołysał jej wyobraźnię i uwrażliwił na krajobrazy zapomniane, których nie dostrzega się w zwykłym zgiełku dnia. Zobaczyła wyraźnie dawne starorzecza wypełniające się teraz wieczornymi mgłami, ślady starożytnych dróg i niecki dawno wyschniętych jeziorzysk. W pojawiających się nagle wyspach kurhanów, wydźwigniętych wyobraźnią ponad mgłę, dopatrzyła się resztek patryji, z których kiedyś obserwowano dal i na których czasem zapalano sygnałowe ognie. W szarówce zagadało sitowie i przestrzeń zewsząd zaczęła napełniać się nieoczekiwanymi dźwiękami, wśród których zdawało się słyszeć skrzypy kół, pokrzykiwania woźniców, porykiwanie bydła, parskania koni, śpiew wracających z sianokosów. Wtórowały temu mgły układające się w widma ludzi i zwierząt, które kłębiły się nad niedalekim źródlanym rozlewiskiem i stąd majestatycznie wyruszały na wędrówkę z wiatrem …
- Modernizm. Modernizm jak nic – orzekła Felicja i ziewnęła.

*
Słońce smugami wchodziło w trawy zapalając kwiaty jaskrów, jak małe złote lusterka. Następnie przez serduszka tasznika i zielone łapki wrotyczu zsunęło się w źródlane rozlewisko, by błysnąć w ślepiach zaspanych żab i zamigotać srebrną łuską na wodzie. Potem wróciło na brzeg nagrzewać przybrzeżną miętę, żeby mięta zaczęła pachnieć, a kiedy wiatr zmiótł resztki chmur po wczorajszej burzy rozłożyło się świetlistym łanem na dawnym pastwisku.
- Codzienny widoczek, a zawsze oczarowujący – westchnęła Felicja niechętnie budząc się z mimowolnego zachwytu. – Wszystko tu zresztą codzienne i staromodne do przesady – dodała rozglądając się w koło – Mimo tego, albo właśnie dlatego, jestem szczęśliwa. Jak to dobrze, że mogę być tutaj i chłonąć normalność, której nikt nie stara się naprawiać. Jestem szczęśliwa – powtórzyła - Czego mi więcej potrzeba?

*
- Stara jestem, oj stara! – mruczała żaba – Taka stara, że pamiętam makowe pola, szpalery z konopi, a na drogach sanie i cygańskie tabory. Dla was to już tylko egzotyka, a ja to jeszcze widzę wcale nie musząc przymykać oczu.

*
Ze szczurami jest tak - niechętnie tłumaczyła mysz zebranym mieszkańcom łąki: przede wszystkim bez znaczenia jest to, kto daje im żreć, byle tylko dawał. Czasami wydaje się nawet, że w ogóle nic dla nich nie ma znaczenia poza tym właśnie żarciem, no i chwilową przyjemnością rozmnażania się. Oczywiście są wykształcone, powiedzmy raczej zniekształcone na modny sposób, więc rozmnażanie to jest kontrolowane. Ich karmiciele zadbali, by miały orgiastyczne przyjemności bez konsekwencji, bo naturalnie nie zależy im zupełnie na zwiększaniu szczurzej populacji. Do tego dodano im jeszcze władzę nad myszami i innym drobiazgiem, żeby mogły czuć się ważne i poważne. Że szczury są zdalnie sterowane, to każdy widzi, poza nimi oczywiście, bo do łbów im nie wpada, że tak być może; mimo, że zwierzęta kontestujące tę sztuczną rzeczywistość wielokrotnie próbowały im to uświadomić. Szczury zmuszone do myślenia nie wyciągają wniosków i niczego nie zmieniają lecz wpadają w przerażenie i gryzą na oślep, niekiedy nawet zagryzając się wzajemnie. Są niewolnikami wmówionej im fikcji, z której wcale nie chcą się wybudzić, wręcz przeciwnie chcą w niej tkwić do swego końca. Wybudzony szczur jest bowiem nikim. Zupełnie jak w starym dowcipie, w którym „psychiatra mówi do pacjenta – No i udało nam się pana wyleczyć! Cieszy się pan, prawda? Pacjent zaś odpowiada z wielkim żalem – A daj pan spokój. Byłem Napoleonem, a teraz kim ja jestem?” Że wreszcie jest sobą, na to jakoś nie wpadł, bo wcale sobą być nie chciał. Szczury również nie chcą, bo wszelka samodzielność burzy ich porządek świata. O ich obyczajach opowiem innym razem, bo są zbyt obrzydliwe żeby się nimi zajmować przed nocą.
*
- Padalec. No padalec. Co można powiedzieć o padalcu poza tym, że jest padalcem? – zastanawiała się Felicja – On się mnie pyta czy jestem domowa, czy zaroślowa, czy polna, czy leśna, a widzi bałwan, że łąkowa teraz. I jak ja mu to mówię, to on mi na to, że takiego rodzaju nie ma. I zadaje kolejne pytania: czy ja jestem owadożerna, czy drapieżna, czy z gryzoni, czy pilchowatych, czy…? To odpowiadam, że stuprocentowo nie z parzystokopytnych, a jak zechcę ugryźć, to mogę. A on serwuje mi kolejne pytania, bo mu się całość nie komponuje. Księgowy się znalazł. Segregator jeden. Padalec!
*

- Są prawa naturalne i prawa wymyślone. Te drugie to zwykła koniunkturalna fantazja, która jest tak ważna i trwała dla naszego istnienia, jak bańka na wodzie dla deszczu. Pierwsze natomiast są niezmienne i musiałoby się zniszczyć świat, żeby przestały istnieć. Wymyślone można skomplikować w zależności od potrzeb komplikującego, a z pierwotnymi nie da się nic zrobić. Są takie jakie są i obejść ich nie sposób, dlatego bardzo nie lubią ich wszelcy kombinatorzy. Na tej łące przestrzega się tylko prostych praw natury i z tej przyczyny jest tu wszystko we właściwym porządku – rozprawiała Felicja.

*
- Licho wie o czym te bąki myślą, jeśli w ogóle myślą! – prychnęła mysz – Szlajają się całymi dniami po pastwiskach albo gnojnikach i kto ich tam jeszcze wie po czym, potem wespół z gzami opijają się bydlęcą krwią i zawracają głowy swoim panienkom. Takie mają życie. Proste i radosne, jak bzyczą, co wcale nie znaczy, że są z niego zadowolone. Kiedy mają trochę wolnego czasu ziewają i patrzą spode łbów na świat, przemyśliwając kogo by tu znienacka uciąć, bo to je rozśmiesza. Szczury próbowały to wykorzystać i skaptować je do własnych dalekosiężnych celów Szczęśliwej Powszechnej Wspólnoty, jednak nic z tego nie wyszło, bo bąki nie potrafiły się skupić na szczurzych racjach. Z nudów dotkliwie pocięły im ogony kończąc tym samym obiecujące ( według szczurzej propagandy ) negocjacje. Oczywiście nie ma racjonalnych powodów żeby się zajmować bąkami, jednak stanowią dla mnie pewną zagadkę egzystencjalną, której sensu nie potrafię zrozumieć i to mnie rozdrażnia domagając się poznawczego zaspokojenia. Tymczasem bąki bączą sobie bezkarnie. Do czasu, do czasu… – wycedziła nie przypuszczając nawet, że właśnie solidaryzuje się ze szczurami, które także rozpoczęły badania ( naukowe, a jakże! ) nad zachowaniami bąków.

*
- Wieczór po upalnym dniu jest jak woda z lodem, do której jeśli doda się parę listków mięty, to ma się napój z najwyższej półki napoi. Ekskluzywny, jak niektórzy sądzą. Wodę mam, mięty tu pod dostatkiem, a chłód właśnie nadpływa od rzeki; w szklance wieczoru są więc wszystkie konieczne ingrediencje. Teraz można już zasiąść w błogim nicnierobieniu i gapić się w „zorze zachodu, którymi raczy nas gasnące słońce”, aż przyczłapie sen i szepnie: „ Czas do łóżeczka kochanie. Do łóżeczka…” – powiedziała sobie Felicja rozsiadając się na progu.

*
- Coś ty dziś wierzbo taka niespokojna? Hałasujesz, skrzypisz, chrzęścisz...
- Nie rozpraszaj mnie! – zaszeleściło wściekle drzewo – W nocy już zaczęłam o tym myśleć…
- A, to dlatego tak mnie dzisiaj gniotło… – wtrąciła mysz.
- Myślałam długo i zrozumiałam oczywistość – ciągnęła wierzba nie zwracając uwagi na słowa myszy – że my drzewa nie możemy pozwolić na to, by za nas decydowano! Drzewo powinno mieć prawo wyboru, czy chce rosnąć tradycyjnie, czy też korzeniami w górę. Nikt nie ma prawa za niego decydować, szczególnie wtedy, kiedy jest jeszcze niedorozwinięte! Jak podrośnie, niech samo decyduje! – rozszumiała się wierzba tak groźnie jak podczas nawałnicy.

- Acha…Taaak… Czyli mamy tu niewątpliwy zawrót liści, albo nawet gałęzi i tylko pień jeszcze trzyma się znośnie …No cóż, upał już od tylu dni … Czyli, ja biegnę poszukać sobie jagódek, a ty się trochę ochłódź wiatrem… – rozstrzygnęła mysz dyplomatycznie i smyrgnęła w dół.

- Nikt nie ma prawa! – piekliło się za nią drzewo.

*

„My raz tak, a raz wspak” – pod taką rozsądną dewizą szły w pochodzie żuki gnojne trąbiąc beztrosko zadkami. Kredo zawarte w niesionym haśle uważały za złoty klucz do wygodnego sytego życia; własnego i przyszłych pociech ukrytych jeszcze w toczonych gnojowych kulkach…” - odświeżała sobie mysz w pamięci dawne parady.

*
- Co to pani stonoga jakiś katar złapała? Nie przypominam sobie, żeby go pani miała kiedyś.
- Bo i nie miałam, i nie mam. To ta tam na górze w swojej dziupli eksperymentuje. Alchemiczka! Jakieś smrodliwe wywary robi, a teraz wytrzepała swój plecak. Pani nie przypuszcza nawet jaki był kurz; jak jaka burza piaskowa. I żeby to był chociaż zwykły kurz, a ten pochodził ze sproszkowanych kwiatów konwalii. Musiała ze sobą nosić sentymentalny bukiecik, aż usechł i się wykruszył. Pani moja, taż to działa jak tabaka, o której opowiadał mi dziadek! Kichałam z dobrą godzinę, albo i lepiej. Jak przestałam to się jej pytam czy musi akurat tutaj rozpylać swoje wspomnienia. To ona mi rzuca w twarz: „quo vadis?!”. Oniemiałam proszę pani i już miałam się roześmiać, ale przyhamowałam, bo mogłam się pomylić w tłumaczeniu; postanowiłam więc ( chociaż to kawał drogi ) iść do ropuchy Teodozji i skonfrontować translację, żeby mieć pełną jasność w temacie. Potem wrócić i bez zmrużenia oczu parsknąć przybłędzie w oczy. Odwróciłam się zatem żeby odejść, a ona mi na odchodnym wyjaśnia, że to po ichniemu: „co wadzisz?”, czyli -„ czego przeszkadzasz?!”. Zamurowało mnie zupełnie! Bo aż dziw, co to za bezinteresowna nieżyczliwość, nie wspominając już o powalającym nieuctwie, bądź co bądź światowej osoby. Jednakowoż biję się teraz z myślami, czy aby pod pozorem pajacowania nie wbito mi szpili szyderstwa. Zagadka nieprawdaż? Jak się pani wydaje?
- Nie wiem.
- Otóż to! Niby to błahostka, a niepokój pozostał...Tak tu się teraz robi, moja pani. Złośliwie wprowadza się niepokój, podczas gdy odlatują już mrówki, a gąsienice coraz pilniej mierzą gałęzie, bo ewidentnie idzie ku jesieni. Ku jesieni! Wspomni pani moje słowa…
- Ależ… mamy dopiero lipiec…
- A czy ja mówię, że nie mamy? Jednak jesień jest nieuchronna. Pamięta pani tę rzewną opowiastkę ze szkolnej czytanki o kasztanowych ludkach, które zamarzły poszukując domu ? Otóż ja pamiętam wstęp do niej, bo mam dobrą pamięć:
„Jesień już blisko. Osy z zapałem oskrobują płoty. Niebo siwe jak dym z ogniska. Z drzew sposobiących się do zimy odfruwają liście. Trawy farbują się na beżowo, a szczawie przybierają poważny kolor sepii. Dalekie obszary nikną w rozmytych błękitach i tajemniczych pasmach granatów. Wieczory, noce i świty robią się tak długie, że czasem dzień wcale nie chce się rozbudzić…”
Słodko się zaczyna, a kończy (w najlepszym razie) odmrożeniami! Pani tylko spojrzy ile ja mam kończyn! A rozkojarzony organizm bardzo łatwo, że się tak wyrażę, rozkalibrować doprowadzając tym do tragedii, dlatego wszelka ironia jest tu wyjątkowo nie na miejscu.
- O jej!
- Tak jest, sąsiadko i inaczej nie będzie.
- Chyba…
- Bez -„chyba”.

*
- No co jest? Co jest?! Cicho mi tu zaraz! Nie macie się gdzie karmić smoluchy tylko akuratnie nad moim domem? – strofowała mysz młode kawki, które przyszwendały się skądś i gwałtownie domagały obiadu od rodziców. Naturalnie kawki nie zwróciły na jej piski najmniejszej uwagi, więc po godzinie wsłuchiwania się w ich gardłowe wrzaski Felicja postanowiła osobiście je przegnać. Z mozołem wlazła prawie na czubek wierzby, żeby przegryźć gałąź, na której siedziały. Zeszło jej z tym długo, bo ptaszyska poderwały się i odfrunęły dopiero wtedy, gdy gałąź zaczęła trzeszczeć i pękać, nieomal zrzucając mysz na ziemię. (– Nnno – westchnęła wtedy z wymęczoną satysfakcją. ) Niestety natychmiast wróciły, kiedy zlazła do siebie. Obwiązała więc obolałą głowę mokrą szmatą, uszy zatkała pszczelim woskiem i postanowiła ich nie zauważać.

*
- A tam nad źródełkiem, na piaszczystym wzgórku dzięcielina mi pała. Nie wiem po co macierzance pała, ale tak zapisano w starych manuskryptach i musi być to prawda, bo w manuskryptach byle czego nie zapisywano, iż, że, albowiem pergamin był niezwykle drogi. Taki drogi, że za niewielką jego ilość krowę można było kupić, a krowa to przecież spore bydle. Teraz czasy się zmieniły i nie tylko, że pergaminu nie ma, manuskryptów nikt nie pisze, ale nawet krowy wytracili i jedynie gdzieniegdzie nadal macierzanka się krzewi o swoim niepowtarzalnym zapachu. Kocham się w onej dzięcielinie tarzać, bo pachnę potem jak woda Chanel Chance Eau Tendre (a może być, że nawet ładniej) z marketu pani Zosi, w którym niegdyś mieszkałam – rzekła mysz rozkoszując się późnym letnim popołudniem.

*
- Tak mnie te cholerne komary pokąsały, że musiałam wpierw moczyć ogon w wodzie z miętą, a potem obłożyć go krwawnikiem i babką. Nie dość, że cierpię fizycznie, to jeszcze naraziłam się na taką śmieszność , że żaby do teraz rechoczą urągliwie na mój widok. Oczywiście powiedziałam im co myślę o ich udziale w redukcji zagrożeń. Odpowiedziały mi, że komar to nie jest danie, a ewentualna przystawka i one nie mają zupełnie ochoty na monosmakowy szwedzki stół; a w ogóle to nic mi do ich diety. Jeżeli tak bardzo przeszkadzają mi komary to one mi radzą sprowadzić sobie do dziupli jaskółki, a te na pewno zrobią porządek z komarami i ze mną. Takie mam przyjemniutkie sąsiadeczki. Zwykłe wredoty bajorne, że szkoda mówić, ech, a ja im chlebka nakruszyłam, kiedy mi spleśniał… - wyrzekała mysz tuląc tkliwie do brzucha obolały ogon.

*
- Widzę, że coś nieszczególne było dziś polowanko, bo przecież, jak mi się zdaje, do świtu jeszcze daleko – powiedziała Felicja rozbudzona skrobaniem nietoperzowych pazurków nad swoją głową.
- Faktycznie, nie całkiem udane – westchnął gacek.
- A to z powodu?
- Wynikły pewne przyczyny obiektywno- subiektywne.
- A bardziej szczegółowo można?
- A niech ci będzie…To przez te przebiegłe ćmy. Wpierw zastosowały ograny manewr oskrzydlający przechodząc następnie w rozsypkę, a kiedy zacząłem je okrążać kominem, poszły w dół spiralami, co mnie wyjątkowo mocno dezorientuje, ale nie zniechęca. Niestety wtedy pojawiły się niedźwiedziówki i to przesądziło sprawę.
- A cóż to za bohaterki?
- Żadne tam bohaterki! Wręcz przeciwnie, to podstępne fałszerki , które zmieniły rycerskie zmagania w farsę.
- Bo…?
- No wiesz - z ociąganiem poinformował mysz gacek – one wysyłają głosy łudząco podobne do naszego nietoperzego sygnału alarmowego…
- Ach, rozumiem - uciekłeś.
- Wycofałem się po prostu, bo nie byłem pewny czy to ktoś z rodziny nie ostrzega przed sową. A teraz o głodzie…
- Wytrzymasz do rana; rano nałapię ci much, które wygrzewają się na korze. Zapowiada się wielodniowa pogoda, bo winniczki poprzyczepiały się do czego się tylko dało i zamurowały wejścia do swoich domków, więc much będzie dużo.
- I nie naśmiewasz się ze mnie? – bardziej stwierdził niż spytał nietoperz.
- Mało wiesz o mnie. A teraz cicho, bo dalej śpię. – mruknęła mysz i tym skończyły się ich nocne pogaduchy.

*
- Czemu ty Filipie siedzisz w tym podagryczniku i tak się głupio uśmiechasz? – spytała Felicja żółwia.
- Prawda, że głupio! - ucieszył się Filip.
- Owszem, ale dlaczego?
- Bo jestem znów młody Felicjo! – wykrzyknął – We wspomnieniach oczywiście – dodał ze smutkiem.
- No to sobie bądź, a ja tymczasem idę posmakować rdestu.
- Ech, cóż to były za czasy – rozmarzył się żółw – A wiesz ty mała, że właśnie wtedy gdy byłem najszczęśliwszy, miałem zamiar również objeść się rdestem. Najeść się go ile wlezie, i tym posiłkiem zakończyć swoją egzystencję, bo jak wiesz rdest ostrogorzki szkodzi wszystkim zwierzętom poza myszami.
- Ty, taki mądry, chciałeś…?!
- Bo byłem bardzo nieszczęśliwy…
- Szczęśliwy - nieszczęśliwy… Nic nie rozumiem.
- Taka jest młodość Felicjo. Taka jest młodość.
- Doprawdy? No to ja ją całkiem inaczej przeżywałam – mruknęła mysz – Dobra. Rdest może poczekać. Opowiadaj.
- Wszystko w koło śpiewało jak dzisiejszego poranka, kiedy właśnie w takim podagryczniku jak ten spotkałem niewielką skromną żółwiczkę, która zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie swą nieśmiałą urokliwą szarością. Powiadam – wstrząsające – i wiem co mówię. Przeszliśmy jedynie obok siebie ale odtąd marzyłem, żeby ją poznać bliżej, jednak moje ciało nie chciało. ( No proszę zaczynam nawet mówić wierszem jak wtedy!) Kiedy ją widziałem, nogi robiły mi się jak z waty i drżały, zaś serce podchodziło do gardła i tkwiło tam jak wielki kluch utrudniając przełykanie śliny i uniemożliwiając wypowiedzenie choćby jednego słowa. Stałem i gapiłem się, jak przysłowiowe ciele na malowane wrota. Nigdy czegoś takiego nie przeżywałem jak tylko wtedy i właśnie przy niej. Ot i to wszystko. Chociaż jednak nie całkiem wszystko, bo zdarzył się na szczęście lub nieszczęście (czego dotąd nie wiem), taki dzień, kiedy ona widząc moje cierpienia postanowiła jak to mówią: wziąć inicjatywę w swoje ręce, bo chyba nie byłem jej całkiem obojętny, choć tak właśnie myślałem. Któregoś więc dnia chcąc stać się (według siebie) piękniejszą pokolorowała sobie krzykliwie skorupę, co już niemile zaskakiwało nieoczekiwaną obcością, i zapytała mnie o coś schrypniętym ze wzruszenia głosem, który wydał mi się odrażający. No i wyobraź sobie Felicjo - wszystko wtedy nagle mi przeszło! Nogi ponownie się usztywniły, serce wróciło na swoje miejsce. Coś tam bąknąłem i poszedłem w swoją stronę zostawiając ją zdumioną na ścieżce. Potem zrozumiałem mój błąd widzenia, ale było już za późno na cokolwiek, bo zdarzyło się oberwanie chmury i woda zabrała ją daleko stąd. Podobno żyje gdzieś aż za lasem, założyła rodzinę i ma się całkiem dobrze. Ja także zresztą i niczego nie pragnąłbym zmieniać, ale przyjemnie jest wskrzeszać tamte wzruszenia, szczególnie o takim poranku jak dzisiejszy – roześmiał się Filip.
- I co ja mam na to powiedzieć? Że czasem nie warto się upiększać, tak? – spytała mysz.
- A musisz coś mówić? – zdziwił się żółw.

*
- Wokół łąki apokalipsa, pandemia i armagedon, a tu zrozumiałe życie: grypa, kleszcze bez boreliozy, aromatyczne powietrze, brak zbędnych informacji, szczury najwyżej gościnnie, gdyż daleko do sklepów i kłopot z dojazdem. Żadna tam sielanka „wsi wesołej”, ot zwyczajne niepoprawne zadupie, ale jakie przyjemne. Jednak wiekowi poeci wiedzieli co dobre... – medytowała Felicja.

*
- Co pan mi tu wyprawia panie skaczący?! – strofowała Felicja świerszcza – Pan sobie myślisz, żeś pan może winniczkiem, samcem i samicą w jednym? Razem owadem i ssakiem? Zachodniopalearktyczny matołek, a wydawałoby się, że rozumny, bo prostoskrzydły. Pan się mi przypatrz uważnie i sobie w kałuży, a potem rozważ w rozumku, to może nawet dostrzeżesz różnice zanim na mnie wskoczysz. I nie sugeruj mi pan, że zewnętrzność jest zwodnicza, bo nie ręczę za siebie i utnę! Tak czy owak paszoł won ze mnie, ale już! Nawcina się psychiczny hermafrodyta jakichś ziółek i potem mu dostaje – sarknęła pogardliwie. – Wiem, że się powtarzam, ale niektórym matołom trzeba to przypominać w nieskończoność. Zaprogramowani są na mantrę, a nie na refleksję – uzupełniła.

*
- Widziała pani tego tchórza, jak on się tam w tych ziółkach nurza?
- Proszę?
- No ten stary tchórz Walenty, czy jak mu tam.
- Ale, że co właściwie?
- Ależ pani nierozgarnięta! No, że się nurza, czyli tarza; we wrotyczu jak przypuszczam.
- Zapewne chce sobie odmienić zapach, bo jego przyrodzony całkiem się naturze nie udał. Ale, co mnie to…
- Pozornie nic, ale tylko pozornie, bo de facto to sporo, proszę pani.
-?
- Otóż odtąd może panią zmylić właśnie fałszywy zapaszek i nieopatrznie wylezie mu pani pod paszczę. O to tu chodzi! Dotarło?
- Nie pomyślałam jakoś…
- Pewnie, że nie. A czasem jednakowoż trzeba pomyśleć! Ot tak, w ramach porannych ćwiczeń intelektualnych. Pani mnie rozumie Felicjo?
- Wydaje mi się, że poniekąd panno Teodozjo.
- Dobre i to. Nie wymagajmy od razu zbyt wiele.

*
Tak więc chmury są zupełnie kosmopolityczne, nie odczuwają potrzeby posiadania czegokolwiek i w dodatku sikają byle gdzie i byle jak. Jak już powiedziałam żeglują sobie, grupują się, kłębią, zalegają i obrywają. Czasem coś udają i zwodzą gapiów zjawiskowością. Niekiedy rzeczywiście są efemeryczne, bo bywają jak świetlisty puch, ale za chwilę zaciągają niebo brudną zawiesiną żołnierskiej onucy, więc generalnie nic z nimi pewnego. Są tacy marzyciele, którzy twierdzą, że one są modlitwą przestrzeni i szczegółu o różnym natężeniu wzniosłości, wartości i barwy. Twierdzą, że para to duch ziemi, który unosi się ku górze w dziękczynieniu. Stoją więc i razem z poetami gapią się w chmury, a chmury mają ich głęboko w swym deszczu. Czasem taki gapa przypadkiem oberwie piorunem, ale i tak niczego to nie uczy kolejnych fantastów. By być w zgodzie z prawdą, muszę dopowiedzieć, że zbyt analityczni badacze pogody owładnięci manią dociekania też obrywają, ale sporadycznie, co nie należy już do rzeczy. Niemniej tą wybuchową zajawką kończę tę pierwszą część mojego wykładu o letnim niebie, bo druga będzie właśnie o wypróżnieniach chmurnych, a więc o piorunach i gradobiciach, które bywają zabawne, podobnie jak nieporozumienia przy prowadzeniu zielników, o czym mówiłam poprzednio. Dziękuję za uwagę. – powiedziała ropucha Teodozja z namaszczeniem kłaniając się zebranym.
- Idiotka – burknęła Felicja pod nosem, ale nie wiadomo było czy odnosi to do wykładowczyni, czy też do siebie w związku ze straconym czasem.

*
- Nie uogólniać? A dlaczego niby nie uogólniać, kiedy uogólnienia uwypuklają wyjątki nadając im wyjątkową wartość? – z niewątpliwym wdziękiem spytała Kruszczyca Złotawka.

*
- Moją siłą stała się wiara – mówiła Felicja - chociażby w to, że tylko prawda ma sens. Wiara sprawiła, że przestałam się bać, a zaczęłam cieszyć. Tamci z kolei nie wierzą, nawet w to, że nie wierzą. Ciągle bają o swojej wyjątkowej sile, ale istnieje jedynie jej mit.
Kiedy przesłuchujący mnie szczur napuszył się i zaczął tłumaczyć, że: „ musimy dążyć do wolności i przyszłego szczęścia …” - przerwałam mu mówiąc, że ja nie muszę , bo już jestem wolna i szczęśliwa; wtedy on zgłupiał i wymamrotał, że tak mi się tylko zdaje, bo obecnie jest to jeszcze niemożliwe, a kiedy ja się upierałam przy swoim, wściekł się i wrzasnął na strażnika; nie czekałam aż przyjdzie i umknęłam. Uchwyciłam jeszcze jak ten zapytał szczura:
- Szefie, a to źle, że ona tak mówi?
- Też chcesz mieć kłopoty?! – usłyszałam w odpowiedzi. Reszta przestała mnie interesować.

*
- On mi mówił, że społeczeństwo jest najważniejsze i że musi być mądry podział pracy, żeby dobrze funkcjonowało. Jaaasne! Ja, jak nie przymierzając pszczoła: zbieram nektar, karmię królową i larwy, wietrzę ul swymi skrzydełkami, robię to i tamto, czyli zapieprzam od świtu do zmroku, tak że nawet czasem nie miałam już zupełnie siły i zasypiałam na progu. A miodek - on z kolesiami wybierał. Drań jeden! Co wcale nie znaczy, że samotność jest dobra; znałam jednego raka, który od niej tak zgłupiał, że chodził do tyłu. I proszę ja kogo, ożenił się i urodziły się biedakowi dzieci z taką samą skłonnością, a jak słyszę wnuki też to mają. Tak poooszła w pokolenia jego ostrożność i nieufność do świata. Słowem : rozpacz! Ja co prawda jeszcze ogonem do przodu nie chodzę, ale aż strach myśleć, do czego mnie ten mój indywidualizm może doprowadzić. Czyli nie jest dobrze być ani zbyt razem, ani zbyt osobno. No to co ja mam w końcu przyjąć za swoją busolę? – spytała Felicja otaczający ją wieczór.

*
„Dziś świat widzimy na różowo,
Ambicji mamy cały sklep,
A jutro zaś, ni stąd ni zowąd,
Dachówka leci nam na łeb.

Dzisiaj jesteśmy po wypłacie
I podstawiamy się pod tusz,
A jutro może, miły bracie ,
Się pod tramwajem znajdziesz już.

Dziś damę bierzesz do ogródka,
I możesz z nią do kina pójść,
A jutro się wywraca łódka
I na dno idziesz niczym gwóźdź…”

Tutaj Felicja przerwała i wyjaśniła, że takie to pieśni posępnie prorocze dziarsko śpiewało się wieczorami ( i nie tylko wieczorami ) przy akompaniamencie harmonii w mieście, z którego uciekła.
- Paskudztwa, bo paskudztwa, ale przecież czegoś żal, kiedy ich nie ma… – westchnęła i zanuciła kolejną:

„ O miłości sen tak się zaczyna:
On robociarz był, chłopak na schwał,
Proletariuszką była dziewczyna,
Co urodą swą wprawiała w szał…”

Tu znów ucięła i powiedziała z wielkim smutkiem: – Całkiem bez sensu zmarnowali moją młodość.
Potem odeszła od wszystkich, żeby wleźć na tę gałąź wierzby, z której widać było najdalej i siedziała tam samotnie do późnego wieczora.
- Niestety tamto to nie było wszystko – uzupełniła następnego dnia – potem ( już w czasach mojej dorosłości ), zaczęła się epoka dyktatury słodkiej lepkiej tolerancji, czyli gruntownego przenicowywania świata, o której może kiedyś… Chociaż pewnie lepiej żebyście o tym pokracznym tworze ludzko-szczurzej pychy nadal mało wiedzieli… Ale teraz mam łąkę, która prawie całkiem mi wystarcza i nie ma co wspominać tego podwójnego szajsu – zakończyła pogodnie.
- Dlaczego - prawie? – dopytywał Filip.
- Bo jest jeszcze we mnie wielki, a niezaspokojony dotąd Głód.
- Głód? Na co?
- Żebym to ja do końca wiedziała… Ale zgłębiam tę moją potrzebę Filipie i definiuję, więc rodzi się we mnie nadzieja, że kiedyś zupełnie przestanę wątpić i wtedy znajdę diament Odpowiedzi.

*
Mysz leżała w rozłogach lekarskiego rumianku i rozcierała w łapkach jego główki, żeby wdychać ich jabłkowy aromat. Myślała przy tym całkiem o czym innym, a mianowicie o pomyłkach, co wyglądało mniej więcej tak: „Można się mylić na różne sposoby. Historia świata, to w dużej mierze opowieść o pomyłkach. Z większych wymienię choćby to, że mylono się co do tego iż Ziemia jest płaska, nieruchoma i urywa się nagle za oceanicznym horyzontem otchłanną przepaścią. Mylono się co do Słońca, które miało się kręcić wokół Ziemi, mylono się do przypływów i odpływów morza, które jak Galileusz przedstawiał papieżowi Urbanowi, miał powodować ruch Ziemi ( i z czego się nie wycofał mimo udowodnienia mu błędu ), mylono się co do promieniowania X, z którego naśmiewał się sam lord Kelvin, mylił się również Eistein co do uniwersalnej teorii łączącej całą fizykę, mylił się… A któż się nie mylił? Każda epoka miała swoją większą pomyłkę, mniejszych błędów nikt nawet nie liczył. Obecnie sądzi się na przykład, że istnieje ewolucja gatunków ( czego nie udowodniono mimo ponad 160 lat poszukiwań ), nie istnieje zaś Transcendencja. Skąd pewność, że to nie kolejna pomyłka? No skąd?”
- Ech, te „pewniki”! – prychnęła mysz i kichnęła, bo rumianek mocniej zapachniał.
*
Noc była ciepła, jasna, pełna chichotów, szelestów, chrobotań, przemykań w trawach… Łąka kąpała się w księżycu i rozedrganych sypkich cieniach, bo wiaterek czochrał trawy. Słowem - noc była piękna a Felicja pełna zachwytu.
- Ech, gdyby tak jeszcze mieć pewność, że nic na mnie nie zapoluje – wypowiedziała swą niepewność – to poszłabym sobie na ekscytujący spacerek po moim baśniowym ogrodzie ( Po to przecież tworzymy ogrody własnych baśni, żeby po nich przedsennie spacerować. ), wiedząc, że za plecami czeka własny bezpieczny dom. Ale, że takiej pewności nie ma lepiej nie kusić niewiadomego, tym bardziej, że wewnętrzny imperatyw mi radzi: „Jak ci jest wreszcie jako tako, to siedź i nie wymyślaj komplikacji!” No to siedzę – fuknęła i zajęła się rzucaniem szyszkami ( które niegdyś zgromadziła tu wiewiórka ) w smykające dołem cienie. Szczególnie rada była, gdy trafiała za pierwszym razem a cień się oburzał.

*
Na dobranoc Felicja opowiadała małym Skorkom taką oto Historię o Zrujnowanym Mieście:
- Przyjemność oderwała się tam od innych spraw – mówiła - i wpierw stała nieśmiało obok nich, a potem zwyrodniała i nieposkramiana rozzuchwaliła się tak, że koniec końców sięgnęła po władzę. Domagała się nieustannych danin i stawiania sobie świątyń. Ad extremum stała się bóstwem, bez którego już nie potrafiono żyć. Pomogła jej w tym Tolerancja, która rozrosła się ponad swoją miarę, znikczemniała i zaczęła terroryzować miasto swoimi dziwacznymi prawami. W konsekwencji ich działań miasto zostało pozbawione wszelkich naturalnych zasad, stało się ordynarne i zapyziałe, choć bezzasadnie wierzyło, że staje się coraz bardziej postępowe. To z kolei stało się dzięki zwykłej Głupocie, która opanowała ludzi, gdy odechciało im się myśleć, dlatego mieszczanie stracili zupełnie zdolność rozróżniania pojęć. I tak miasto zeszło na psy. A przecież wystarczyło, jak dotąd, trzymać Przyjemność na wodzy, żeby do tego nie doszło. Oczywiście od dawna nawoływali do tego moraliści, ale dzięki Głupocie nikt ich już tam nie słuchał. Głupota twierdziła bowiem, że najważniejsza w życiu jest chwila obecna, którą musi się przeżyć przyjemnie i ten łatwy banał szybko stał się normą. „Trwaj chwilo, jesteś piękna!” stało się hasłem bojowym wszelkiej maści szumowin, które…
- Proszę pani, to jednak nie jest dobra opowieść na dobranoc dla dzieci! – przerwała pani Skorkowa – Czy nie zna pani mniej niepokojących opowieści?
- A wie pani, że tak właśnie mówiono w mieście nim przyszło Nieszczęście?! – zawołała mysz – Proszę uważać, bo historie lubią się powtarzać - westchnęła … Dobrze jednak, opowiem wam pogodniejszą baśń: Baśń o Ucieczce i Wędrówce; jednak nie było jej już komu opowiadać, bo Skorki usnęły, a pani Skorkowa miała jeszcze sporo codziennej pracy przed spaniem i prawdę mówiąc nie była jej ciekawa.

*
- Nie to żebym była przeciwna miłosnej poezji śpiewanej, ale maniakalne koncerty o trzeciej nad ranem zdecydowanie mnie męczą – zżymała się Felicja – słysząc tuż obok namiętną serenadę kosa.
– Ejże złotodzioby! – zwołała po półgodzinnej próbie wytrzymałości – A nie mógłbyś ty gdzieś indziej nawoływać tej swojej wybranki, kiedy już cię tak zmogła samotność, że musisz świat dręczyć śpiewami? Rozumiem, że przymus aż cię w gardle swędzi, ale na mnie nie masz co liczyć, więc czemu akurat tutaj się wydzierasz?! Leć ty sobie w świat szeroki, tam panienek do wyboru, do koloru, że aż się opędzić trudno. A tu już tydzień świat molestujesz i co? No chyba widzisz miłosny oszołomie, że - nic?!…
Że kos jednak całkiem zignorował jej dobrą radę, zaczęła przemyśliwać nad sposobami eksmisji ptaków z wierzbowych dziupli, co nie wróżyło dobrze przyszłemu szczęściu kosiego stadła. Lecz ptak nie brał tego pod uwagę ( wydaje się nawet, że absolutnie niczego nie brał pod uwagę ), w dzień cierpliwie znosił jakieś korzonki i źdźbła do swojej dziupli i wił z nich koszyk ( co podglądnąwszy Felicja znacząco pukała się w głowę ), zaś o zmroku i przed świtem męczył mysz swoim pragnieniem odwzajemnienia miłości. Co trwało tak długo, że w końcu zaczęli się wzajemnie lekceważyć.
- Okazuje się, że do czyjejś miłości można się w końcu przyzwyczaić – stwierdziła po czasie Felicja z niejakim zdziwieniem – Do własnej już niekoniecznie – dodawała wzdychając.

*
Upał - wiatr wachluje trawami upoconą ziemię, a słońce niezmordowanie tka zielono-błękitno-złote gobeliny w falującej przestrzeni…
- E tam! Jeżeli jest na tej łące jakieś złoto, to tylko w jej mieszkańcach, całkiem odwrotnie niż tam skąd przybyłam – stwierdziła mysz.
*
Trzecie wtrącenia mysie na tematy życiowe i nie tylko:
Prawda się nie stopniuje. Albo jest, albo jej nie ma.
Mam ja przywilej, dany mi od Boga, że robię tylko, co mi się podoba.
Osy oskrobują płoty z resztek ich młodości.
Mądrość rodzi się tylko z chęci poznania prawdy.
Po upalnym dniu- wieczór, jak bita śmietana, najlepiej smakuje z plasterkiem księżyca.
Droga Mleczna, to Boża piaskownica z gwiazd.
Czas zaciera kolory i stroi przeszłość w powagę szarości.
Dawniej, być może, dlatego, że pisało się ptasimi piórami, wszystko było z polotem.
Koniec wtrąceń trzecich.

*
- Jak nic zacznę pić melisę, bo te wieczorne cykanie cykad wpędza mnie w obłęd – złościła się Felicja – No ileż się można wsłuchiwać w zegarek? Cyk – cyk - cyk – cyk - cyk… Szaleństwo! Nienawidzę zegarków! Odkąd je wynaleziono na nic nie ma czasu. To najzwyklejsze narzędzia terroru, przed którym uciekłam i do którego nie zamierzam powrócić.

*
Felicja roztrząsała : „Ciemność to brak światła. Zło to brak dobra. Odrzuciłam zło i szukam światła. Wypatruję słońca przez mgłę zwątpienia. Szarówka jest we mnie, z płomykiem nadziei na horyzoncie, że zrobi się całkiem widno. Generalnie dość posępnie jeszcze i niepewnie, ale przynajmniej nie obijam się już o wszystko.”

*
Felicja zrywała nieliczne przywiędłe liście i wysyłała je z wiatrem, mrucząc przy tym:
- Już w połowie lata niektóre liście ogarnia tęsknota za jesiennym fruwaniem, więc trzeba im w tym pomóc. Ot, „vanitas vanitatum…” co wcale nie znaczy, że „omnia” , bo najtrwalsze, jak mi się wydaje, jest właśnie to co pozornie ulotne. Weźmy na przykład ten mój idiotyczny sen z dzieciństwa o atakującym mnie rysiu, tym z futkami na uszach ( No, z włochatymi pędzelkami, przecież! ). To oczywista bzdura, a jego wspomnienie jeszcze dzisiaj potrafi mnie przestraszyć…

*
„Na czym mam się oprzeć, czemu zaufać? – rozważała mysz - Tylko instynktowi. Niczemu więcej. To dzięki niemu ptaki wracają do swoich gniazd nie gubiąc kierunku. Lisy i inne drapieżniki opiekują się swoimi małymi, zamiast je zjadać ( co byłoby dużo lepsze dla myszy). Ja z kolei dzięki instynktowi omijam lisy i wiem choćby, że to co jem nie szkodzi zdrowiu, a to czego nie jem to szkodzi. Ludzie zaś dzięki temu co mają wpisane w siebie rozróżniają dobro i zło. ( Chociaż z ludźmi to bardziej skomplikowane, bo w cywilizacji zagubili naturalne odruchy, no ale ich obdarzono w zamian wolną wolą.) Czyli mimo tego, że idzie spora burza i jak przypuszczam przemoczy mi futro, a może być, że przyłoży mi też kawałkiem gradu, nie wlezę przed nią do dziupli. Coś mi bowiem mówi, że nie powinnam tego robić. I ja tym razem temu wewnętrznemu głosowi teraz zaufam. Mogę poeksperymentować, szczególnie teraz, kiedy uzyskałam pewien stopień samoświadomości.”
I dobrze zrobiła, bo w wierzbę uderzył piorun, rozdzierając ją od wierzchołka po korzenie; zapalając następnie jak pochodnię.
Nie musimy chyba dodawać, że Felicja miała potem pełne łapy roboty, bo wyniosła ze zgliszczy poparzonego nietoperza i szmat czasu leczyła go ziołami, zaś dudki, którym ogień poopalał pióra karmiła, bo z tego powodu długo nie mogły latać. Wszystkim zaś chętnym praktycznej wiedzy cierpliwie tłumaczyła znaczenie instynktu.
– Czy to ja apostołka jaka jestem, czy co? – obruszała się niekiedy na wątpiących, ale tym tylko kończył się jej chwilowy bunt, mimowolnie bowiem zadomowiła się przy źródle.

*
Odtąd istniało już tylko trzy czwarte drzewa, wyraźnie wyciszonego po burzliwych przejściach i chyba dlatego bardziej przyjaznego i domowego niż było wcześniej. Nie miało teraz zresztą czasu na szalone myśli. Godzinami przeglądało się opalonym kikutem w kałuży i szeptało uspokajająco do swego odbicia:
- Spoko, spoko…drzazgi wyrównają: wiatr, mróz i słota; a z wiosną wypuszczę nowe gałązki i jakoś się wszystko wyrówna i odbuduje… Szkoda tylko, że nie odłupało mi tej części z lokatorami, a akurat najzdrowszą… Fatum i tyle – wzdychało posępnie. Tymczasem z dnia na dzień rozwiewał się swąd spalenizny, zaś Felicja coraz pewniej stwierdzała
- Jestem niewątpliwą szczęściarą!

*
- No a czym ja się mogę pochwalić? Nawet długością ogona nie mogę… Tak to wygląda. Ale czy ja się muszę komukolwiek i czymkolwiek chwalić? Otóż wcale nie muszę!
I zrozumiawszy nagle tę oczywistą oczywistość mysz rozchmurzyła się wyraźnie.
- Mam co mam. Nie powinnam zazdrościć, a dziękować. Nikt nie ma tego co ja. Jestem niepowtarzalna i moja historia również. To co mam jest tylko dla mnie. Mogę to albo ukochać, albo odrzucić, i - być permanentnie nieszczęśliwą… Co jest akurat zupełnie nie w moim stylu – roześmiała się przekornie, po czym koślawo, ale z pasją, zatańczyła zorbę.

*
- I pomyśleć, że ja mieszczka z urodzenia, czuję się tu na łące lepiej niż czułam się w swoim mieście. Pomijam tu „ustroje i nastroje społeczne” a myślę o odwiecznej domowej codzienności. Łąka jest pierwotna, miasto sztuczne; w każdym razie co do scenografii i toczących się wątków. Dobrnęłam chyba do archetypów i dobrze mi w nich. Czy mam ochotę na więcej? I tak, i nie. Przede mną czeka tajemnica horyzontu, która przeraża mnie wielką niewiadomą, to się do niej specjalnie nie spieszę. Trochę wypoczynku w zwykłej normalności przecież mi się należy. Delektuję się niespiesznie pitą herbatą i zachwycam się tym, że wreszcie niczego nie muszę. A czy ja się czegoś prawdziwie boję? Tak - tego co za mną… – dumała mysz dmuchając w żołędziowy kubeczek z malinowym wrzątkiem.

*
- Tam w mieście (z perspektywy łąki trochę nieprawdziwym), w którym uchwalono prawo do bezprawia – tłumaczyła Felicja - panują na przemian: pycha, seks i chciwość ubrane w kolorowe szatki różnych ideologii. Spaja je kłamstwo, że nie są tym czym są i że za nimi nie kryje się otchłań pustki. Konkludując : sralis mazgalis dupalis astralis! Co wszystko bez wątpienia streszcza i wyjaśnia.

*
„Nawiedzają mnie niekiedy śnieżne i bzowe obrazki z dzieciństwa. Jakaś wieczorna ślizgawka na rynku w światłach latarń i w padającym śniegu. W beztrosce, muzyce, w śmiechu i radosnych piskach… Mokre od deszczu kiście bzów zwieszające się nad ulicą i ja pod tymi bzami z tęsknotą czekająca na kogoś… ”
Tu wietrzyk powiał przez łąkę i załzawił małe mysie oczka.
- Jakież to dziś mało ważne… - westchnęła z żalem, ale zaraz jej śmiech posypał się w łąki jak złociste ziarno.
- No i z czego toto się cieszy, moja pani? – spytała stonoga stonogę, ale ta nic jej nie potrafiła odpowiedzieć, bo traktowała wszystko bardzo serio.

*
- Nie rusz!- zagulgotało w kałuży, gdy mysz sięgnęła w nią łapą.
- Przecież pani się topi pani dżdżownico! – zawołała Felicja.
- Nie widzi, że robię performens?!
- ?
- Ciałem rysuję w szlamie linie. Niedowidzi?
- ?
- Ślad egzystencji zostawiam…
- ?
- Z dżdżu jestem i w dżdżu się realizuję… Woda jest z dżdżu, nieprawdaż dyletantko?
- A jednak uratuję panią – zdecydowała Felicja nie mogąc dłużej patrzeć na agonię skąposzczeta. Mówiąc to wychlupała dżdżownicę na brzeg.
- Profanka! Ale durne te myszy! Żeby zepsuć TAKI performens! - odpełzając wykaszliwała dżdżownica słowa i wodę na przemian.
-?
- Profanka!
- Ależ, doprawdy, nie ma z co. – melancholijnie uśmiechnęła się Felicja.
- Profanka! Tfu! Po stokroć profanka! Tfuu! – warczała performentka wściekle wkręcając się w darń.
- No, no, bo zadławi się ziemią i dopieroż będzie artystyczny blamaż. Tak się przytrafia, kiedy nie rozpoznaje się właściwie żywiołów – uspokajała ją mysz, ale dżdżownica już schowała się w swoim rzeczywistym świecie, w którym tylko kret mógł być nią zainteresowany. Niestety raczej nie ze względu na jej działania artystyczne. Czyżby dlatego, że niedowidzi rzeczywiście?

*
W mieście są różne różności - ożywiła się Felicja - Jest na przykład skwerek a na nim stoi pomnik z kamienia. Jakaś baba mocno rozebrana. Po co ona tam i dlaczego, tego nikt nie wie. Ktoś kiedyś wykuł postawił i stoi. Dzieci się wkoło niej bawią, kręcą się i skandują taką wyliczankę:
Grzyb na zupę grzybową,
Szczaw na zupę szczawiową,
Rak na zupę rakową,
Żółw na zupę żółwiową…
- Mysz na zupę myszową? - przerwał jej Filip cierpko.
- A jakaż tam ze mnie zupa! Ja jestem niejadalnym przykładem humoru Pana Boga, podobnie jak żyrafa, słoń, czy nosorożec - roześmiała się mysz serdecznie.

*
Felicja długo przyglądała się łąkowemu skrzatowi mieszającemu zawzięcie wodę w przyźródlanym stawiku zanim zapytała:
- Co robisz?
- Przecież widzisz, że próbuję panować nad gwiazdami. Poruszać nimi według swojej woli – odpowiedział nie przerywając wykonywanej czynności.
Noc była bardzo gwiezdna, bo przecież gwiazd ponad łąką nie przytłumia żadne obce światło.
- Nnnoo… I co? – spytała zaskoczona mysz.
- Jeszcze nic, bo dopiero rozkręcam sfery.
- A.. Acha…
- Problem w tym, że kiedy już wydaje się, że zaczynają mnie słuchać, nieodmiennie nadchodzi świt i przy kolejnej sprzyjającej pogodzie trzeba wszystko zaczynać od początku.
- I długo ty już tak..?
- Oo! Długo – westchnął skrzat.
- I nie szkoda ci czasu?!
- Coś ty! A cóż może być ważniejszego nad władanie niebem?
- Noo…nie wiem – powtórnie stropiła się mysz.
- Sama widzisz – prychnął skrzat, a ponieważ pojawiły się chmury odrzucił patyk w trawy i poszedł sobie.
- Acha, to stąd się bierze ten chrust na moje ogniska! – zrozumiała nagle Felicja i to odkrycie zupełnie odsunęło cisnące się pytania : „Wariat, czy tylko zwykły ignorant? A może to poeta lub mag?” Słowem już nic tej nocy nie zakłóciło jej snu.

*
Mysz patrzyła w szare od deszczu łąki i myślała mniej więcej tak : „ Wszystko ma jakby dwie funkcje, a może nawet ma ich więcej ( chociaż ja dostrzegam przede wszystkim dwie); pierwsza jest praktyczna, a druga estetyczna. Ulotna, duchowa… sama nie wiem jak ją nazwać. Że jest na pewno, wiedzą to wszystkie myślące istoty. Praktyczność zaś jest zrozumiała dla wszystkich, nawet dla dzięcioła ( a może przede wszystkim dla niego ). Kuje i kuje za robakami, waląc łbem w drzewa, a przy okazji tego walenia i przełykania buduje domy dla różnego żyjącego drobiazgu… ( A wartość domu pojmuje się dopiero wtedy, kiedy jesienny wiatr przewiewa ci futro, mróz usztywnia ogon, albo śnieg korkuje ci uszy. Nawet w taki dzień jak dzisiejszy dobrze jest mieć jakiś dach nad głową… ) Świat jest dwoisty : można go widzieć jako kawał konkretu; grudy, kamienia ( jeśli o niego chodzi, to czytałam gdzieś, że on żyje, bo tak jak i we wszystkim innym kręcą się w nim elektrony, protony i inne atomy… ), … albo jako efemerydę wrażenia. Ulotną, zwiewną, nieuchwytną, eteryczną, duchową. Prawie wszystko jest takie dwoiste… Ot chociażby tamten kwiat łąkowego dzwonka. Wynika z konkretnej potrzeby rośliny do rozmnażania się. Swoim kształtem i barwą uwodzi owady; mnie zaś - zachwyca pięknem formy i barwy, którego nie umiem do końca zdefiniować… Dzwonki, firletki, niezabudki, jaskry, koniczyny, rumiany… - Łąka. Zioła, miód i siano. Czy też: kolory, zapachy, odurzająca przestrzeń… Albo wszystko razem wymieszane i trudne do rozdzielenia i poznania… Za wszystkim co mnie otacza, kryje się coś więcej, tak mi się wydaje, ale ja jestem tylko myszą i jest to raczej przeczucie niż prawdziwa wiedza. Nie umiem odpowiedzieć, czy praktycyzm jest zwierzęco prymitywny, a zachwyt wyrafinowaną zbędnością wynikającą z burżuazyjnych ciągot i braku rzeczywistych potrzeb ( jak mi to niegdyś uparcie wmawiano )… Cóż, być myszą, to jednak stanowczo za mało, aby ( nawet w wyobraźni ) rozgryźć orzech zewnętrzności świata i smakować jego jądro… ”
- A właśnie! Zdaje się, że już zaczynają dojrzewać leszczynowe skarby. Więc najwyższa pora na zbieranie, łasuchowanie i gromadzenie. Gdzieś tam podobno za horyzontem jest las… - przypomniała sobie – Za którymś z horyzontów podobno nie istnieje nawet śmierć… - dodała z zastanowieniem. - A dosyć już tego deszczu, bo dostanę zupełnego kuku na muniu! – wykrzyknęła po chwili z irytacją.
***





Tytułem zakończenia:
- No więc gdybyśmy tak to wszystko zebrali do kupy, to mielibyśmy kupę niczego sobie –mruczała czytając to Felicja – A kupa jest inspirująca nie tylko dla żuków gnojarzy, ale głównie dla wszelkich traw, ziół i innej zieleniny, które na niej łanami…itd., itp., i - dwie dziurki w nosie skończyło się… Żaden ze mnie ( dajmy na to) Whitman, żeby to korygować, chociaż pamiętam ( dawna kwerenda po miejskich bibliotekach na coś się przydaje! ), że to on powiedział: „Mysz jest cudem, który wystarcza, aby potrząsnąć sekstylionem niewiernych.” Zapewne nawet i takim „autorem” jak ten tutaj.
Tu roześmiała się, rozkosznie ziewnęła i zamknęła mój zapiśnik.
Ostatnio zmieniony 28 lip 2021, 11:09 przez Ryszard Sziler, łącznie zmieniany 6 razy.

Awatar użytkownika
Ryszard Sziler
Posty: 353
Rejestracja: 04 cze 2013, 09:00
Lokalizacja: Kolbuszowa
Płeć:
Kontakt:

FELICJA / całość /

#2 Post autor: Ryszard Sziler » 21 lip 2021, 08:36

Ilustracje / technika mieszana, głównie monotypia /
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.

Awatar użytkownika
Lucile
Posty: 4198
Rejestracja: 23 wrz 2014, 00:12
Płeć:

FELICJA / całość /

#3 Post autor: Lucile » 21 lip 2021, 12:32

Felicja, jak żywa. :)
Przeczuwałam, że ma właśnie tak błyszczące inteligencją i zadziornością oczy.
Nie zawiodłam się... :bravo: za tekst i ilustracje.

Pozdrawiam
L
Non quivis, qui vestem gestat tigridis, audax


[email protected]

Awatar użytkownika
Ryszard Sziler
Posty: 353
Rejestracja: 04 cze 2013, 09:00
Lokalizacja: Kolbuszowa
Płeć:
Kontakt:

FELICJA / całość /

#4 Post autor: Ryszard Sziler » 28 lip 2021, 11:11

Książka ukaże się na przełomie sierpnia i września, z taką "zajawką":
Ta książeczka jest niewątpliwie cokolwiek szalona. Jej bohaterka ( MYSZ (sic!) Małe szare paskudztwo! ), często w przewrotny, bądź złośliwy sposób, relacjonuje swoją ucieczkę z przypisanego jej szablonu istnienia w dorosłą samotność. Próbując zrozumieć świat i siebie samą naśmiewa się z absurdów otaczającej ją rzeczywistości. Ten śmiech jest swoistym lekarstwem powtórnie definiującym wartości, dla których warto wadzić się z życiem. Jest to więc opowieść o wyborze prawdziwej wolności. Wędrówką od tego co uwiera, do tego co uwzniośla, a może ( któż to wie ) nawet dalej…
Słowem: rzecz dla elity, czyli – dla Ciebie.
:D
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.

Awatar użytkownika
Ryszard Sziler
Posty: 353
Rejestracja: 04 cze 2013, 09:00
Lokalizacja: Kolbuszowa
Płeć:
Kontakt:

FELICJA / całość /

#5 Post autor: Ryszard Sziler » 14 wrz 2021, 07:01

I się ukazała : :D
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.

Awatar użytkownika
lczerwosz
Admin
Posty: 9006
Rejestracja: 31 paź 2011, 22:51

FELICJA / całość /

#6 Post autor: lczerwosz » 14 wrz 2021, 21:50

Wielkie gratulacje
:rosa: :rosa: :rosa:
:bravo: :bravo: :bravo:
:vino: :vino: :vino:

Awatar użytkownika
Ryszard Sziler
Posty: 353
Rejestracja: 04 cze 2013, 09:00
Lokalizacja: Kolbuszowa
Płeć:
Kontakt:

FELICJA / całość /

#7 Post autor: Ryszard Sziler » 15 wrz 2021, 14:38

Pięknie dziękuję Leszku :buq: <3

ODPOWIEDZ

Wróć do „PROZA POETYCKA”