• Nasze rekomendacje
  •  
    Motto dnia:
    Ludzkość musi położyć kres wojnie, bo inaczej wojna położy kres ludzkości. / John F. Kennedy

    Ukraino! Trzymaj się!
    Obrazek


    UWAGA!
    JEŻELI JESTEŚ ZAREJESTROWANYM UŻYTKOWNIKIEM I MASZ PROBLEM Z LOGOWANIEM, NAPISZ NAM O TYM W MAILU.
    [email protected]
    PODAJĄC W TYTULE "PROBLEM Z LOGOWANIEM"


    Sugeruję używanie przycisku Aktywne tematy Pozwala widzieć wszystkie nowości
     

Ulubione Mchuszmera

Wiersze, które nie pozwalają się zapomnieć
ODPOWIEDZ
Wiadomość
Autor
Awatar użytkownika
Mchuszmer
Posty: 685
Rejestracja: 26 paź 2015, 21:15

Ulubione Mchuszmera

#1 Post autor: Mchuszmer » 22 wrz 2018, 16:37

I z klasyki, i debiutów portalowych; kolejność alfabetyczna, żeby z niej nie wnioskowano;-)
(oczywiście służę, jeśli ktoś sobie życzy wprowadzenia nazwiska zamiast/przy nicku).






alchemik

mój gnój


mój znój serdeczny a w tym wiecznym znoju
planetę toczę po orbicie skrycie
i żadna ze mnie szycha panteonu
zwali mnie chepri* gdzieś w dawnym Egipcie

że zwolennikiem jestem ludzkiej mierzwy
zarzut pancernym odpieram odwłokiem
zwijam go w kulę i bez chwili przerwy
wraz z innym śmieciem w nieczystości topię

w zbroję odziany w granat połyskliwy 
piękny i kształtny jak ozdobna brosza
brzydoty cudem dziwem co nad dziwy
wkład w dobro świata z ekskrementów wnoszę

i tylko jedno pragnienie mnie męczy
tak bardzo chciałbym odżyć w ludzkiej skórze
dłonie zatopić w splugawionej tęczy
w błocku sumienia nurzać jak najdłużej

dla ogrodników prawdą oczywistą
gdzie plon chcesz zebrać tam nawóz rozrzucisz
szczęście wyrosłe na urągowisku
z zdrowym rozsądkiem i czuciem się kłóci

mój gnój serdeczny ta planeta moja
gdzie wieczne smutki zarazy i wojny
dla mnie to norma jako żemżuk gnojak
a ty co powiesz? poeto nieskromny?





---------------------------------------------------------------------





Miron Białoszewski

Leżenia


naprzeciw nocnych szpar 
ciemno-ja 
mieszkanio-ja 
leżenio-ja 


leżenie 
w wydłużanie się 
bez jednej poprzeczki złości która skraca 
idzie się tylko na długość idzie się idzie 
puszcza się w dobrze sobie bycie 
nie kończy się 


kiedy leżę nie nadaję się do wstania 
leżenie zapuszcza korzenie 
nie wierzę w poruszanie się 
zawsze do wyrwania zielony 


takie leżenie-myślenie jak ja lubię 
to jest niedobre z natury 
bo niech ja w naturze 
tak sobie leżę-myślę 
to zaraz napadnie mnie coś i zje 


leżąc w łóżku chcę być dobrym 
przez sen rożnie dużo dobroci 
leżenie dobroć wygrzewa 
ale wstanie ją zawiewa






-------------------------------------------------------------------------





Leonard Cohen

Wiersz


Słyszałem o mężczyźnie
który słowa wymawia tak pięknie
że może mieć każdą kobietę
ledwie tylko wypowie jej imię

Jeżeli milczę obok twego ciała
i cisza kwitnie na ustach jak obrzęk
to dlatego że słyszę jego kroki
i chrząkanie pod naszymi drzwiami


tłumaczenie - Maciej Zembaty




--------------------------------------------------------------




Paul Celan

Fuga śmierci

Czarne mleko poranku pijemy je wieczór
Pijemy w południe o świcie pijemy je nocą
Pijemy pijemy
Grób kopiemy w powietrzu tam się nie leży ciasno
Człowiek mieszka w tym domu który się bawi z wężami ten pisze
Pisze gdy zmierzcha do Niemiec złoto twoich włosów Małgorzato
Tak pisze wychodzi przed dom i gwiazdy migocą przyzywa
gwizdem swe psy
Gwizdem wywleka swych Żydów każe im kopać grób w ziemi
Nam rozkazuje teraz zagrajcie do tańca

Czarne mleko poranku pijemy cię nocą
Pijemy o świcie w południe pijemy cię wieczór
Pijemy pijemy
Człowiek mieszka w tym domu który się bawi z wężami ten pisze
Pisze gdy zmierzcha do Niemiec złoto twoich włosów Małgorzato
Popiół twoich włosów Sulamit kopiemy w powietrzu grób tam się nie leży ciasno

Krzyczy głębiej wrzynajcie się w glebę wy tutaj a wy tam śpiewajcie i grajcie
Chwyta za broń u pasa i wymachuje oczy jego niebieskie
Głębiej wryjcie łopaty wy tutaj a wy tam dalej grajcie do tańca

Czarne mleko poranku pijemy cię nocą
Pijemy w południe o świcie pijemy cię wieczór
Pijemy pijemy
Człowiek mieszka w tym domu złoto twoich włosów Małgorzato
Popiół twoich włosów Sulamit ten człowiek się bawi z wężami

Krzyczy słodziej zagrajcie śmierć ta śmierć jest mistrzem z Niemiec
Krzyczy ciemniej ciągnijcie po skrzypkach z dymem wzlecicie w powietrze
Grób wtedy macie w chmurach tam się nie leży ciasno

Czarne mleko poranku pijemy cię nocą
Pijemy w południe śmierć jest mistrzem z Niemiec
Pijemy cię wieczór o świcie pijemy pijemy
Śmierć jest mistrzem z Niemiec niebieskie ma oko
Trafi cię kulą z ołowiu trafi celnie głęboko
Człowiek mieszka w tym domu złoto twoich włosów Małgorzato
Psy swoje na nas poszczuje grobem obdarzy w powietrzu
Z wężami się bawi i marzy śmierć jest mistrzem z Niemiec

Złoto twoich włosów Małgorzato
Popiół twoich włosów Sulamit


przeł. Stanisław Jerzy Lec




-------------------------------




Jacek Dehnel

Villanella czterdziestosześciolatki wpuszczającej licealistę do pokoju hotelowego

Gdy będziesz to wspominał po latach (a będziesz),
gdzieś w niewyobrażalnych, chromowanych światach,
nie bądź dla mnie niemiły. Tyle, i nic więcej.

Przed światłem chińskiej lampki z sinawym łabędziem
brzydkie meble z paździerza i, tak, mnie osłaniaj,
gdy będziesz to wspominał po latach (a będziesz).

Pamiętaj wzór tapety. Kruche szyi zgięcie.
Wyświetlając je kiedyś na dalekich ścianach,
nie bądź dla mnie niemiły. Tyle, i nic więcej.

Zrób mnie piękniejszą, lepszą (lecz zniszcz moje zdjęcie),
niech żałują, że wtedy tylko ciebie znałam,
gdy będziesz to wspominał po latach (a będziesz), 

żebym - gdybym tam była, choć już mnie nie będzie -
w tych słowach się za żadne skarby nie poznała,
nie bądź dla mnie niemiły. Tyle, i nic więcej.

Przecież i tak nie skłamiesz. Będziesz opowiadał
nie mnie, a dym i ogień, i szadź, i kurz w szparach,
gdy będziesz to wspominał po latach (a będziesz).
Nie bądź dla mnie niemiły. Tyle, i nic więcej.






Big Splash

Czternastosekundowy filmik w Wikipedii 
pokazuje zderzenie piłeczki zielonej 
z niebieską: spójrz, tak powstał księżyc. Nie ma gorszej 
wiadomości dla bladych poetów. Więc zbitka 
„proto-Ziemia” ma jakieś znaczenie? Na Ziemi 
jest ktoś, kto jej używa tak, jak słowa „nitka”, 

„kombinezon”, „miednica”, mając w głowie – właśnie: 
bryłę? planetę? koncept? Materiał na miejsce? 
Czytaj dalej. Jest groźnie: komety i deszcze 
meteorytów, mrozy, Ziemia kulą lodu, 
wypadnięcie z orbity, połknięcie przez gwiazdę, 
i entropia: Endlosung najwyższego sortu. 

Niewiele jest nadziei w cichym oceanie 
metanu na odległym księżycu Saturna, 
w lodzie na Europie, w Cher. Wszechświat to trumna 
na wszystkie formy życia i nieżycie całe. 
Nawet ten stół jest drobny, kruchy na nim talerz, 
i przy małych kieliszkach sztućce równie małe: 

wszystko to, od anteny aż po fundamenty, 
złoży się i zasklepi bez świadectwa kształtu 
pod galaktyczną burzą i naporem kwarków. 
Pomyśl: to co jest gruntem i rzeką i miastem 
zarośnie pozaziemską szadzią, pyłem gwiezdnym 
i elementarnymi cząstkami jak chwastem. 

Słuchaj. To opowiada: nie jesteście sami 
ze skazaną na klęskę próbą bycia wiernym, 
z waszym nikłym ciężarem ułomnej materii, 
z waszą kruchością wiązań i bezbronną skórą. 
Przegra wszystko: nożyce i papier i kamień. 
Coś gwiazdami obraca – lecz nie jest to czułość.





-----------------------------------------------





eka

nie teraz


w listopadach melancholio
dopadaj
cicho od północnej okiennicy

stul chorągwie dębu
i wisiorki brzozy słotne
bo legną w przejrzystość nad nimi

obiecuj korzeniom upór
pniom pracę
gałęziom głośne gniazda
a liściom... im pliki zielone żarłoczne
larwy kokony motyli

nim nas obejmą chryzantemy szadzi
opatrunki twardej bieli
przeliczaj dzieci i mnóż







----------------------------------------------------------





Stanisław Grochowiak

Zaklinanie

1

Muszę cię mieć. To tak jakbym musiał mieć rym,
Jak basior na szybie lodowej — przepiórki kulawej czuć trop,
I gdy cię doczmychnę — bądź studzwonna w tym,
Jak ja — siekierny,
W pustce
Pazerny chłop.

2

Muszę cię wziąć. Jak pióro biorę w garść,
Błękitne aż po ażur, dopóki moja dłoń
Ten świstek zwiewnych lotów nie przemieni w barć,
A ty — jak pszczoła plastra,
Niewiestna i żądlasta
Nie bzykniesz: Boże broń!

3

Muszę na śmierć. Na leśne prześcieradła
Rozłożyć złoty lok,
Jak lnu kwaśne paździerze.
Potem niech klepie zbędne już pacierze
Matka w zapiecku za piecem pobladła.
I nowy rok
Na barani skok.

4

Niech cię wstrzymują Aniołowie Stróże,
Wyjdź na podwórze
W niedopiętej skórze.






Płonąca żyrafa

Tak 
To jest coś 
Biedna konstrukcja człowieczego lęku 
Żyrafa kopcąca się pomaleńku 
Tak 
To jest coś 

Coś z tamtej ściany z aspiryny i potu 
Ta mordka podobna do roztrzaskanego kulomiotu 
Tak 
To jest coś 

Czemu próchniejecie od brody do skroni 
Jaki wam ząbek w pustej czaszce dzwoni 
Tak 
To jest coś 

Coś co nas czeka 
Użyteczne i groźne 
Jak noga 
Jak serce 
Jak brzuch i pogrzebacz 

Ciemna mogiła człowieczego nieba 
Tak 
To jest coś 

O wiersz ja ten piszę 
Sobie a osłom 
Dwom zreumatyzowanym 
Jednemu z bólem zęba 
Oni go pojmą 
Tak 
To jest coś 

Bo życie 
Znaczy: 

Kupować mięso Ćwiartować mięso 
Zabijać mięso Uwielbiać mięso 
Zapładniać mięso Przeklinać mięso 
Nauczać mięso i grzebać mięso 

I robić z mięsa I myśleć z mięsem 
I w imię mięsa Na przekór mięsu 
Dla jutra mięsa Dla zguby mięsa 
Szczególnie szczególnie w obronie mięsa 

A ONO SIĘ PALI 

Nie trwa 
Nie stygnie 
Nie przetrwa i w soli 
Opada 
I gnije 
Odpada 
I boli 

Tak 
To jest coś






-------------------------------------------------





ks_hp

wyprawianie


Odklejają się paznokcie od siatkówek, włosy od
poduszki. Nieczęsto zmieniam poszwę, wystarczy
własna powłoka z przecinkami rzęs, dwukropkiem

źrenic. Grawitacja zawsze pociąga tylko jedno
ciało, dopóki nie wyssie zawartości i nie zrzuci
skóry. Dzisiaj przenicuję

u ciebie - wieloczarne sufity obsypane łupieżem
z papierosów. Próbuję rzucać, a wypalam mnóstwo
spojrzeń - świetlnych punktów dających poczucie

bezpieczeństwa w ciemności. Ze strachu obgryzam
powieki, być może uda się otrzeć oczy,

aż znikną.





----------------------------------------------




Bolesław Leśmian

Zwiewność


Brzęk muchy w pustym dzbanie, co stoi na półce,
Smuga w oczach po znikłej za oknem jaskółce.
Cień ręki - na murawie... A wszystko - niczyje,
Ledwo się zazieleni - już ufa, że żyje.

A jak dumnie się modrzy u ciszy podnóża!
Jak buńczucznie do boju z mgłą się napurpurza!
A jest go tak niewiele, że mniej, niż niebiesko...
Nic, prócz tła. Biały obłok z liliową przekreską.

Dal świata w ślepiach wróbla. Spotkanie traw z ciałem.
Szmery w studni. Ja - w lesie. Mgłą byłeś? - Bywałem!
Usta twoje - w alei. Świt pod groblą w młynie.
Niebo - w bramie na oścież... Zgon pszczół w koniczynie.

Wstążka zmarłej dziewczyny na znajomej darni,
Słońce, co chwiejnie skacząc, źdźbli się w łzach deszczarni.
Wiara fali w istnienie za drugim nawrotem
I wołanie o wieczność w jaśminach za płotem.

Chód po ziemi człowieka, co na widnokresie,
Malejąc, łatwo zwiewną gęstwę ciała niesie
I w tej gęstwie się modli i gmatwa co chwila
I wyziera z tej gęstwy w świat i na motyla.

https://www.youtube.com/watch?v=CtWLUzkj3iw





------------------------------------------------------------





Karol Maliszewski

To co kiedyś znaczyło


Józefowi Baranowi

Siedziałem w ciemnościach
z nogami spuszczonymi w dół
który rósł
pogłębiał się z dnia na dzień
za sprawą niewidzialnych kopaczy

samotnie ptak jakiś
ścieżki wytyczał ponad dachami
drążył tunele w gęstym powietrzu
poważnie odprawiał mszę świtania

mnie już nie było w tym wszystkim
na próbę
tlen odjęto wyłączono światło
telefon miał czkawkę
kukał gdzieś za szafą

słyszałem widziałem
błyszczały sekundy
mogłem wyrwać sobie serce
wyjąć z marynarki
nikt by tego nie zauważył

sam siebie trącałem
jak zużyty trzewik

a potem był powrót
na łono ojczyzny w powszednim grymasie
w zamazane góry wielu znaczeń

lecz nie chciało już znaczyć
jak poprzednio znaczyło

siedziałem w ciemności
z nogami spuszczonymi w dół
i każdy oddech przywracał mnie światu

słyszałem widziałem
na okno powiedziałem okno
mówiłem śpiewałem
na stół powiedziałem stół
poczułem suche sutki w dłoni
z której wypadł długopis
zanurzyłem palce w czymś gorącym lepkim
zamknąwszy zeszyt

lecz nie chciało już znaczyć
to co kiedyś znaczyło





----------------------------------------------------





Czesław Miłosz

Piosenka o końcu świata


W dzień końca świata 
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji, 
Rybak naprawia błyszczącą sieć. 
Skaczą w morzu wesołe delfiny, 
Młode wróble czepiają się rynny 
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata 
Kobiety idą polem pod parasolkami, 
Pijak zasypia na brzegu trawnika, 
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa 
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa, 
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa 
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów, 
Są zawiedzeni. 
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb, 
Nie wierzą, że staje się już. 
Dopóki słońce i księżyc są w górze, 
Dopóki trzmiel nawiedza różę, 
Dopóki dzieci różowe się rodzą, 
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem, 
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie, 
Powiada przewiązując pomidory: 
Innego końca świata nie będzie, 
Innego końca świata nie będzie.






---------------------------------------------------------





Tadeusz Nowak

Psalm o chorych nogach


Bolą mnie nogi One we śnie
za sen mój chodzą na czereśnie
Że dalej chodzą za sny inne
wiem od pościeli całej w glinie

Śpijcie przy mnie dam wam maku
dam sekretne pismo w ptaku
dam wam jabłek pół sąsieka
dam pół boga pół człowieka
dam wonności i dam rano
tę dzieweczkę przeczuwaną

Bolą mnie nogi izba pusta
W piecu Lewiatan tak się pluska
Wzgórze za oknem się przybliża
A nie ma kto zdjąć ciała z krzyża

Idźcie nogi dam wam buty
dam na drogę kij okuty
dam wam skrzypce dam wam miodu
dam wam dywan z carogrodu
dam wam konia a pod wieczór
stanę przeciw wam przy mieczu

https://www.youtube.com/watch?v=1rbXsy5hWpA
https://www.youtube.com/watch?v=HsQ6kfTv5GY





---------------------------------------------------------------------------------



Nowy Vega


święci od czyszczenia rynien


śpij
przecież nikogo tam nie ma
bo kto by chciał się tłuc w taki ziąb
po międzypiętrach

to tylko październik
sięga aż do najwyższych drzew

śpij nikogo tam nie ma
to nie aureole ani błędne ogniki
tak szeleszczą
to tylko październik obmywa
kosteczki
martwych pocztowych gołębi
przemieszane z resztkami gwiazd

nikogo innego tam nie ma

śpij
tu jest za nisko dla samobójców





z listów do poetki - idącej w deszczu

tylko ukradkiem karmisz wprost z piersi gdy jesteś
a jesteś ciężka jak szkaplerz z ołowiu gliniana cegła
rozsypana sól
ty która nie znasz miary mojego głodu
do ciebie pomilczę

urodziłaś mnie metafizycznie dlatego wydaje się że prześlizguję
między łuskami oceanicznych ryb lub krawędzią witrażowego szkła
tnę lecz mógłbym przysiąc że czułem kilka razy to coś –
taką pokorę
jakby niebieska wstążka przelana przez palce która unosi
ponad bezduch ponad zakamieniałą bryłę świata

ty nie znasz miary mojego głodu gdy jesteś na chwilę
ty jedynie uśmiech przelotny niesiesz mi na pożywienie
o ironio
nie wierzę w świętą krowę poezji przechadzającą się
po diamentowych od łez trotuarach i rozdającą życie wieczne
ja tylko czuję żywe serce którego nie potrafię przemilczeć

miłości nie potrafię przemilczeć





(*** przez srebrne rzeźnie)

pokochać ciebie 
to tak jakby nóż najczulszy 
wsunąć między własne żebra 
nic tam nie znajdując prócz tętentu 
płoszonych nocą koni 

właśnie taki dajesz mi niepokój 
igłę błyskawicy płatek śniegu jaśmin 
lekki opar ciała wprost z ogrodów wiosny 
nagiej niczym szrama 
strasznej niczym w głowie przewiercony 
otwór 

właśnie tak przez ciebie będę szedł 
jak przez misy pełne księżycowych roślin 
jak przez srebrne rzeźnie 
na pajęczych nóżkach  





sylvia plath rozwiesza pościel

chodź ze mną 
zabiorę cię do miejsc gdzie się zabija konie 
gdzie się je rzędem wiąże na postronku 
i przebija czaszkę tępym przekrojem 
trójkątnym 

mówisz nie chcę wczoraj zdechł mi kot 
długo w noc płakałam a płacz się we mnie prężył 
jak przeciągnięta struna 

chodź zabiorę cię do miejsc 
gdzie błękitne mięso i kości i sadło się rąbie 
gotuje i skręca w długie mocne kiszki 
a krew jeszcze w biegu w gonie na kamień spada 
wibruje niczym tęcza na skrzydłach kolibra 

mówisz nie mogę 
na jutrzejszy obiad będzie wątróbka 
trzeba z niej odciągnąć gorycz w mleku 
posiekać cebulkę osolić doostrzyć pieprzem 

chodź zabiorę cię nad brzeg 
gdzie piana dotyka wysokich wież kominów 
skupiona w listki w blaszki lśni jak jasna grzywa 
zaciśnięta w piąstce dziecka 

mówisz boję się tych miejsc bezcielesnych we mnie 
gdzie się chyboczą na linie ludzkie lęki 
gdzie się ćmy rozwiesza na hakach wędzarniczych 
nawleka na igły odjęte wcześniej skrzydła 
by z nich szyć całuny jak dym rozwiewne 
mówisz jeszcze nie 
jeszcze muszę karmin rozgryźć w ciepłych ustach 
założyć czerwone szpilki sukienki obcisłe 
sprzątnąć naczynia ze stołu 

chodź zabiorę cię do miejsc gdzie się zabija konie 
za nami zostanie popłoch miejskich dolin 
i ślepe oczy lamp stroboskopowych 
tam ciemny deszcz zmyje resztę pustki w tobie 
ukołysana na moich dłoniach zły sen
zapomnisz





'a r i a'

krzemienie w węgły a w żyły cięgła
róże kutego żelaza
twoje to miejsce twój czas – istnienie
zębatek bełkot i trybów terkot
industrial aria

martenów słońce w hut hekatomby
płuca gorące
kontroler nastawnik dostraja moc młotów i... wali
podźwig łańcuchami
transport taśmami
rozwierty pod wręgi sztangi w zakręty
pod czujnym liniałem traserów

krzemienie w węgły a w żyły cięgła
róże kutego żelaza
skleszczenia klamer i złącza na amen
w ażur dźwigarów
ciąg równoległych i naprzemiennie
diagonalnych odstrzałów
ściskane w imakach omłotkowane
poprześwietlane
kuliste łby nitów i spawy jak kleje
w odęty konar ze stali
aż wszystko się zleje aż wszystko się scali
pod czujnym okiem laserów

trzymają

rozchyły klinów
stężenia w linach
hart gwintów na spinach
tembr pełnych szalowań – monolit w filar
... i
obłość jak z tęczy w filigran pajęczyn
zarytych w rzekę – stoisz
most – odkrycie półkoła na szprychach

pływ wód
wnosi namuły pod prężne muskuły
rwie pęta – w galwanizernie pcha
mgły
czas – wierna ta rzeka
w dół z góry prze-
cieka po piętach po wstęgach
niezmiennie człapie i chlupie w gumiakach
rozpuszcza onuce praskrzydła
praptaka
pośród wysmołowanych pni –
industrial aria – ironia rdzy
róże kutego żelaza

krzemienie w węgły a w żyły cięgła
samo istnienie – zabija jak topór





---------------------------------------------------





pablo/pablo_picasso

Flower


Jasmine odczuwała duszność w ciasnym
hotelowym pokoju
obelgi pomieszane z oparami pościeli
syczały fioletem
zmniejszały dominację karnacji jej skóry

Czuła jak brzydnie
od spojrzeń w okolicę pachwin

Jasmine analnie nabrzmiewa rzyga
rzyga rzygami
rzyga sobą

Wchłania rdzeń chwili a nie powinna żyć
bo ma się źle
ale żyje

Jasmine dziwnie pachnie





-------------------------------------------------





Tadeusz Różewicz

W środku życia


Po końcu świata 
po śmierci 
znalazłem się w środku życia 
stwarzałem siebie 
budowałem życie 
ludzi zwierzęta krajobrazy 

to jest stół mówiłem 
to jest stół 
na stole leży chleb nóż 
nóż służy do krajania chleba 
chlebem karmią się ludzie 

człowieka trzeba kochać 
uczyłem się w nocy w dzień 
co trzeba kochać 
odpowiadałem człowieka 

to jest okno mówiłem 
to jest okno 
za oknem jest ogród 
w ogrodzie widzę jabłonkę 
jabłonka kwitnie 
kwiaty opadają 
zawiązują się owoce 
dojrzewają 

mój ojciec zrywa jabłko 
ten człowiek który zrywa jabłko 
to mój ojciec 

siedziałem na progu domu 
ta staruszka która 
ciągnie na powrozie kozę 
jest potrzebniejsza 
i cenniejsza 
niż siedem cudów świata 
kto myśli i czuje 
że ona jest niepotrzebna 
ten jest ludobójcą 

to jest człowiek 
to jest drzewo to jest chleb 

ludzie karmią sie aby żyć 
powtarzałem sobie 
życie ludzkie jest ważne 
życie ludzkie ma wielką wagę 
wartość życia 
przewyższa wartość wszystkich przedmiotów 
które stworzył człowiek 
człowiek jest skarbem 
powtarzałem uparcie 

to jest woda mówiłem 
gładziłem ręką fale 
i rozmawiałem z rzeką 
wodo mówiłem 
dobra wodo 
to ja jestem 

człowiek mówił do wody 
mówił do księżyca 
do kwiatów deszczu 
mówił do ziemi 
do ptaków 
do nieba 

milczało niebo 
milczała ziemia 
jeśli usłyszał głos 
który płynął 
z ziemi wody i nieba 
to był głos drugiego człowieka 





-------------------------------------------------------------






Wisława Szymborska

Podziękowanie


Wiele zawdzięczam 
tym, których nie kocham.
Ulgę, z jaką się godzę, 
że bliżsi są komu innemu.

Radość, że nie ja jestem 
wilkiem ich owieczek.

Pokój mi z nimi 
i wolność mi z nimi, 
a tego miłość ani dać nie może, 
ani brać nie potrafi.

Nie czekam na nich 
od okna do drzwi.

Cierpliwa 
prawie jak słoneczny zegar, 
wybaczam, 
miłość nie wybaczyłaby nigdy.

Od spotkania do listu 
nie wieczność upływa, 
ale po prostu kilka dni albo tygodni.

Podróże z nimi zawsze są udane, 
koncerty wysłuchane, 
katedry zwiedzone, 
krajobrazy wyraźne.

A kiedy nas rozdziela 
siedem gór i rzek, 
są to góry i rzeki 
dobrze znane z mapy.

Ich zasługą, 
jeżeli żyję w trzech wymiarach, 
w przestrzeni nielirycznej i nieretorycznej 
z prawdziwym, bo ruchomym horyzontem.

Sami nie wiedzą, 
ile niosą w rękach pustych. 
"Nic im nie jestem winna" - 
powiedziałaby miłość 
na ten otwarty temat.





Miniatura średniowieczna

Po najzieleńszym wzgórzu, 
najkonniejszym orszakiem, 
w płaszczach najjedwabniejszych. 

Do zamku o siedmiu wieżach, 
z których każda najwyższa. 

Na przedzie xiążę 
najpochlebniej niebrzuchaty, 
przy xiążęciu xiężna pani 
cudnie młoda, młodziusieńka. 

Za nimi kilka dwórek 
jak malowanie zaiste 
i paź najpacholętszy, 
a na ramieniu pazia 
coś nad wyraz małpiego 
z przenajśmieszniejszym pyszczkiem 
i ogonkiem. 

Zaraz potem trzej rycerze, 
a każdy się dwoi, troi, 
i jak który z miną gęstą 
prędko inny z miną tęgą, 
a jak pod kim rumak gniady, 
to najgniadszy moiściewy, 
a wszystkie kopytkami jakoby muskając 
stokrotki najprzydrożniejsze. 

Kto zasię smutny, strudzony, 
z dziurą na łokciu i z zezem, 
tego najwyraźniej brak. 

Najżadniejszej też kwestii 
mieszczańskiej czy kmiecej 
pod najlazurowszym niebem. 

Szubieniczki nawet tyciej 
dla najsokolszego oka 
i nic nie rzuca cienia wątpliwości. 

Tak sobie przemile jadą 
w tym realiźmie najfeudalniejszym. 

Onże wszelako dbał o równowagę: 
piekło dla nich szykował na drugim obrazku. 
Och, to się rozumiało 
arcysamo przez się.





--------------------------------------------





Marcin Świetlicki

***(cały pokój...)

Cały pokój jest obwieszony Marcinami.
Przynajmniej raz w tygodniu wieszam jednego Marcina.
Mgła wisielcowa jest prawie tak gęsta,
jak chmura papierosowego dymu.

Ten - bo nie chciał. Tamten - bo nie umiał.
Tamten - bo go zmęczyło. Tamten - bo nie wierzył.
Obracają się w rytmie kłótni za ścianami
i nic nie znaczą. Najważniejszy - nowy

Marcin wisi pod lampą, wciąż podnoszę głowę
i robię straszne miny w jego stronę, wierząc,
że skoro drży - to wstyd mu tego, że tak
czeka i że nie umie czekać, że czeka jak dziecko

na Gwiazdkę, czeka na kobietę,
która przyjdzie, na pewno przyjdzie, wszystko się odbędzie
tak jak zawsze, jak zawsze, z jakimiś małymi
niespodziankami, te się również zawsze

zdarzają. Wisi Marcin, drży, obraca się.
Wieczór. Gwałtownie wschodzi żarówkowe słońce.
Żyję dłużej niż wszyscy młodo zmarli poeci.
Żyję dłużej niż wszyscy młodo zmarli poeci.





Zły ptak

To pewne: ten ptak - sroka

próbuje mnie okrążyć

i osaczyć, dzień w dzień
zatacza coraz mniejsze kółka
i skrzeczy: buddyzm, materializm,
literatura, pieniądze, w imię Ojca i Syna,
skrzeczy: odpowiedzialność, skrzeczy: wychowanie
- i wszystko inne takie. Co to
za światło, które można opowiedzieć, które
ma regulamin? Co to
za wierni, którym nie wystarczy
ten nieprzerwanie wieczny pocałunek bez ust?





-------------------------------------------------





Izabela Trojanowska

nie czas

mówili
nie pisz o śmierci 
cóż ty dziewczyno o niej wiesz
umarłaś raz czy dwa 
ze śmiechu
wstydu
pewnie z miłości 

nie wiesz 
czy boli ostatni haust
świata 
czy boli bardziej 
niż mocny mróz w płucach 

mijasz ją albo ona ciebie 
trącasz ramieniem 
w tłumie 
może sama zabijasz
nie patrząc pod nogi

nie pisz o śmierci 
wiosną
serca młodych liści
masz pod powiekami

nie czas 
dopóki myślisz 
że w pięści ją zaciskasz
kiedy rodzisz





---------------------------------------------





Julian Tuwim

List do kobiety

Gdybym ja nie był poetą,
A pani nie była kobietą,
To znaczy: gdybym ja umiał
Bez obłąkania i szału
Dań składać pięknemu ciału
I takbym się wyżył, wyszumiał;
Gdybym mógł kochać bez mitu, 
Bez natchnionego zachwytu,
Bez legendarnych przydatków,
Bez wahań, wzlotów, upadków,
Bez mistycznego pomostu,
Który prowadzi po prostu
Do pani (pardon!) pośladków;
Gdybym opuścić mógł z tonu
I nie zaznając katuszy
Dupie nie wmawiałbym duszy;
Gdybym z czułego szaleńca
Stał się buhajem bez ducha;
Miał znacznie mniej z oblubieńca,
A znacznie więcej z świntucha;
Pani zaś - ach! gdyby pani
Zostając przy swoich cudach
(Mówię o biodrach, o udach,
Piersiach i erotomanii,
O pani wprawie miłosnej,
O pani chuci radosnej,
O oczach - błękitnych kwiatkach -
O ustach - świeżych czereśniach - 
O włosach - złocistych pieśniach -
I wzmiankowanych pośladkach),
Gdyby się pani zdobyła
Na jeszcze jedną zaletę:
Gdyby tak pani zabiła
Przewrotną w sobie kobietę,
Tę niebezpieczną panterkę,
Tę chytrą, wieczną heterkę,
To głupie, fałszywe zwierzę,
Co z każdym będzie się tarzać,
Rozkładac, tulić, obnażać,
Za wiersz czy pustą zabawę,
Za parę pończoch czy sławę,
Nawet - z miłości - powiedzmy,
Lecz w jakiś sposób bezecny,
Bo obliczony bezwiednie
W tak zwanej podświadomości
Na efekt cudzej zazdrości
Oraz korzyści powszednie;
O, gdyby pani umiała
Kochając najidealniej
Nie sądzić, że bez jej ciała
I "ekskluzywnej" sypialni
Byłbym stracony, zgubiony,
Chodziłbym błędny, strapiony,
I, że prócz pani na świecie
Na żadnej innej kobiecie
Nie znalazłbym tyle szczęścia
I takiej pełni posięścia,
I takiej upojnie - skwarnej
Rozkoszy (dość popularnej),
I że bez pani spojrzenia
Nie ma już dla mnie natchnienia,
I że bez pani rozkraczeń
W szał wpadnę chorych majaczeń!
Że bez przychylnych jej gestów
Zapadnę w nicość i próżnię,
I odtąd już nie odróżnię
Chorejów od anapestów;
Gdyby się pani, powtarzam,
Zmieniła nieco w tym względzie,
A ja bym się nie rozmarzał
Przy seksualnym popędzie,
To stałaby się z nas para
Ach, najszczęśliwsza w Warszawie!
Może się pani postara?
Ja także trochę się wprawię.

Lecz list się dłuży. A przeto
Kończę. Nadziei mam mało.
Bo cóż by z nas pozostało,
Gdybym ja nie był poetą,
Nie dążył ku "ideałom",
A pani nie była kobietą
tak jednolitą i całą?

A zresztą... małoż to bywa
Na świecie różnych wypadków?
Może się jednak zmienimy?
Adieu, Madame. Bądź szczęśliwa,
Kiedy się znów zobaczymy?
P.S.
Ukłony dla pięknych pośladków
Ostatnio zmieniony 13 gru 2019, 18:08 przez Mchuszmer, łącznie zmieniany 4 razy.
mchusz, mchusz.

Awatar użytkownika
skaranie boskie
Posty: 14635
Rejestracja: 29 paź 2011, 00:50

Ulubione Mchuszmera

#2 Post autor: skaranie boskie » 22 wrz 2018, 20:26

Interesujące zestawienie :)
Kloszard to nie zawód...
To pasja, styl życia, realizacja marzeń z dzieciństwa.


_____________________________________________________________________________

E-mail
[email protected]

Awatar użytkownika
eka
Posty: 15302
Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59

Ulubione Mchuszmera

#3 Post autor: eka » 23 wrz 2018, 14:58

No nie byłabym szczera, ukrywając swoje zadowolenie, Szmerze Mchu:)
Poza tym z mej ręki, znakomite pozycje, w tym te, które pamiętam z wrzeszczańskiego okresu.
Ostatni wiersz... ech ta męska duma, czyt. solidarność:)
Będę wracać.
I dzięki za pociągnięcie idei.

Awatar użytkownika
Mchuszmer
Posty: 685
Rejestracja: 26 paź 2015, 21:15

Ulubione Mchuszmera

#4 Post autor: Mchuszmer » 23 wrz 2018, 16:17

Dzięki, Małpo. Miszmasz, w muzyce mam tak samo, heh.


Ewa, no ba:-) Btw, trochę samowola, bo wiersz Pabla istnieje w necie już tylko w mniej zwarsztatowanej, starszej wersji...
Hm, pewnie Ty wśród swoich masz zupełnie innych faworytów;-) Ja zaraz po tym najbardziej lubię "ona".
Oj, faceci, włącznie z Tuwimem, za mało solidarnego mnie mają, i słusznie, ale wiersz jest po prostu...
A proszę. Pociągnę dziś jeszcze inny temat, do którego zmotywowałaś.
mchusz, mchusz.

ODPOWIEDZ

Wróć do „WIERSZE”