fr.1
Wśród opowieści o pochodzeniu nazw miejscowości ziemi staszowskiej wyróżnia się ta o dawnych mieszkańcach dzisiejszej Smerdyny, zwanych smerdami. Wieś, wzmiankowana w dokumentach już w XII wieku, od stuleci słynie z kamieniołomów, w których wydobywano piaskowiec i wapień – prawdziwe skarby tej ziemi. Materiał ten przez wieki służył do budowy murów obronnych, kościołów, pałaców, a także budynków mieszkalnych i gospodarskich. Cenili go również snycerze, ponieważ smerdyński kamień, łatwy w obróbce i odporny na wilgoć, zapewniał rzeźbom niezwykłą trwałość.
Jednak historia, którą chcę opowiedzieć, sięga czasów znacznie wcześniejszych – epoki, gdy nikt jeszcze nie przypuszczał, że pod warstwą lichej ziemi kryje się takie bogactwo. Wówczas te tereny porastały nieprzebyte lasy, a pierwsze pola, mozolnie wydzierane puszczy, rodziły plony zbyt skromne, by wyżywić tutejszą ludność. To właśnie wtedy, w cieniu potężnych drzew i w obliczu ciągłego niedostatku, narodziła się legenda o ukrytym skarbie.
Wśród smerdów żył ubogi chłop z żoną i synem. Ponieważ kobieta nie mogła mieć więcej dzieci, jedynemu potomkowi nadali imię Bożydar, wierząc, że chłopiec jest darem zesłanym im przez samego Boga. Rodzina gnieździła się w lichej lepiance z trzciny, słomy i gliny, tak nędznej, że każda jesienna wichura budziła w nich trwogę, a zimowy chłód przenikał do szpiku kości. Często przymierali głodem, dzieląc między sobą ostatnią kromkę chleba i żywiąc się głównie tym, co zdołali zebrać w puszczy.
Niedaleko ich wsi wznosił się dworek możnowładcy, przy którym stała wysoka dzwonnica. Gdy tylko pierwsze promienie słońca przebijały się przez mgłę, ciszę rozdzierał miarowy, smutny dźwięk dzwonu: dang, dang… dang, dang… Był to nieubłagany sygnał do pracy w pańskim majątku. Od świtu do zmierzchu chłopi harowali ponad siły, by pod koniec dnia wracać do swych chat zgarbieni z wycieńczenia.
Każdego ranka ojciec Bożydara ruszał na pańskie pole, matka zaś szła do dworu, gdzie wraz z innymi wyrobnicami doglądała inwentarza lub pracowała w ogrodzie dziedzica. Z kolei w długie zimowe wieczory kobiety gromadziły się w czworakach, by prząść len na płótno lub drzeć pierze. Mimo tej ciężkiej, całorocznej pracy, ich los pozostawał niepewny, a jedyną nadzieją na lepszą przyszłość był dla nich dorastający Bożydar.
A on rósł, mimo niedostatku, jak na drożdżach. Choć w chacie często brakowało pożywienia, był silny, zdrowy i bystry. Od najmłodszych lat wyróżniał się spośród rówieśników nie tylko mądrością, ale i dobrym sercem. Nie znał złości ani zazdrości, w jego oczach zaś zawsze tlił się blask ciekawości świata.
Dorastał wśród puszczy, która otaczała wieś niczym opiekuńcza matka. Dla smerdów stanowiła źródło życia – żywiła ich, chroniła i ogrzewała. Z jej darów czerpali wszyscy: z jagód, malin i poziomek, z korzonków i ziół, które leczyły choroby, a w chłodne dni z chrustu, dzięki któremu w chatach nie gasł ogień. Puszcza była szczodra, ale wymagała również szacunku. Bożydar rozumiał to bardziej niż ktokolwiek inny. Kochał las całym sercem. Znał każdy jego zakątek, każde drzewo i ścieżkę. Często wymykał się o świcie, by słuchać śpiewu ptaków i obserwować, jak słońce przebija się przez gęste korony drzew. Wiedział, gdzie rosną najlepsze jagody, gdzie można znaleźć miód dzikich pszczół, a także gdzie w cieniu paproci kryją się zające. Nigdy jednak nie brał więcej, niż potrzebował.
Bywało, że natrafiał na sidła zastawione przez dworskich parobków. Wtedy, nie zważając na gniew możnych, uwalniał zwierzęta. Raz wypuścił zająca, innym razem ptaka, który zaplątał się w sieć.
Z czasem ludzie zaczęli mówić, że chłopak ma w sobie coś z samego ducha lasu – że rozumie mowę drzew i potrafi przewidzieć, kiedy nadejdzie burza. A choć był tylko ubogim chłopskim synem, w jego sercu dojrzewała mądrość większa niż ta, jaką mogli posiąść niejedni możni.
Widok zgarbionych sylwetek rodziców i sąsiadów, gdy o świcie ruszali do pracy w majątku dziedzica, napawał go niewysłowionym żalem. Wiedział, że tylko cud mógłby odmienić ich ciężki los, a mimo to żył nadzieją, która zrodziła się w nim, odkąd po raz pierwszy usłyszał opowieść o skarbie ukrytym w głębi puszczy. Mówiono, że ten, kto go odkryje, uwolni smerdów od nędzy.
Bożydar często siadał na skraju lasu i wpatrywał się w zachodzące słońce, marząc, że pewnego dnia uda mu się odnaleźć to bogactwo. Nie wiedział jednak, gdzie go szukać. Puszcza była przecież ogromna, pełna tajemnic i niebezpieczeństw, a on sam, choć odważny za trzech, musiał jeszcze dorosnąć, by sprostać temu wyzwaniu.
Póki co starał się pomagać bliskim najlepiej, jak potrafił. Gdy tylko o świcie z pańskiej dzwonnicy rozlegał się miarowy dźwięk: dang, dang… dang, dang…, zrywał się z legowiska i wraz z innymi smerdami ruszał do pracy. Choć był jeszcze dzieckiem, w niczym nie ustępował dorosłym. Dźwigał ciężkie kosze, zbierał kamienie z pola, a wieczorami pomagał matce w obejściu.
We wsi lubili go wszyscy, bo był pracowity i nigdy nie przeszedł obojętnie obok cudzego nieszczęścia. Jednak nie tylko ludzie darzyli go sympatią. Sprzyjał mu również Białoskrzydły, który z wysoka od dawna mu się przyglądał. To właśnie on prowadził Bożydara niewidzialną ręką przez leśne ścieżki, tak by zawsze trafiał tam, gdzie czekały nań dary puszczy. Kiedy chłopak wyruszał z koszykiem po jagody, ścieżka sama zdawała się układać pod jego stopami. Gdy szukał grzybów, znajdował całe gromady zdrowych, pachnących, jakby czekających właśnie na niego. Czasem zdarzało się, że, niby przypadkiem, trafiał na barć pełną miodu leśnych pszczół, które, zamiast go żądlić, krążyły wokół niego przyjaźnie.
Bożydar był przekonany, że to sama puszcza obdarza go swoimi skarbami. Nie przeczuwał nawet, że nad jego losem czuwa ktoś o wiele potężniejszy.
-
- Nasze rekomendacje
-
-
UWAGA!
JEŻELI JESTEŚ ZAREJESTROWANYM UŻYTKOWNIKIEM I MASZ PROBLEM Z LOGOWANIEM, NAPISZ NAM O TYM W MAILU.
admin@osme-pietro.pl
PODAJĄC W TYTULE "PROBLEM Z LOGOWANIEM"
-
- Słup ogłoszeniowy
-
-
WSZYSTKIM UŻYTKOWNIKOM ÓSMEGO PIĘTRA ŻYCZYMY POGODNYCH I RADOSNYCH ŚWIĄT ORAZ SAMYCH PIĘKNYCH CHWIL W NOWYM 2026 ROKU
DOSIEGO!
Eviva l'arte
https://www.youtube.com/watch?v=xWjl4wQuWAc
Cicero "De re publica"
JAK SIĘ PORUSZAĆ POMIĘDZY FORAMI? O tym dowiesz się stąd.
O smerdyńskim skarbie
- Alicja Jonasz
- Posty: 1825
- Rejestracja: 24 kwie 2012, 09:01
- Płeć:
O smerdyńskim skarbie
Alicja Jonasz
"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak
"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak
- eka
- Posty: 18869
- Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59
O smerdyńskim skarbie
Smerd - smerf :}
Już czekam na kolejny fragment, empatyczny narrator, nader interesująco nakreślone realia legendy i oczekiwania bohaterów.
A sacrum czuwa...
Już czekam na kolejny fragment, empatyczny narrator, nader interesująco nakreślone realia legendy i oczekiwania bohaterów.
A sacrum czuwa...
- Alicja Jonasz
- Posty: 1825
- Rejestracja: 24 kwie 2012, 09:01
- Płeć:
O smerdyńskim skarbie
smerd, smard, smerda, rzadziej smurd w średniowieczu: chłop początkowo wolny, a z czasem uzależniony wraz z gospodarstwem od pana feudalnego lub władcy (wg Słownika języka polskiego)
Tak, bez Białoskrzydłego ani rusz!
Alicja Jonasz
"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak
"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak
- eka
- Posty: 18869
- Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59
O smerdyńskim skarbie
A dzięki, nie wiedziałam 
- Alicja Jonasz
- Posty: 1825
- Rejestracja: 24 kwie 2012, 09:01
- Płeć:
O smerdyńskim skarbie
fr.2
Lecz nie tylko anioł miał wgląd w los naszego bohatera. Od dawien dawna w puszczy żył diabeł, który, przysiadując na omszałych głazach, konarach drzew lub przy rozstajach dróg, drwił z ludzkich słabości. Nie była to jednak istota na wskroś przesiąknięta złem, jak inne biesy z piekła rodem, lecz raczej niegroźny, psotny czart, znajdujący upodobanie w droczeniu z Białoskrzydłym. Ich spotkania zawsze kończyły się sprzeczką, bo choć znali się od zarania dziejów, różnili się jak dzień i noc. Podczas gdy anioł z troską pochylał się nad losem Bożydara i jego pobratymców, diabeł z przekąsem naśmiewał się z ich niedoli.
Pewnego wieczoru, gdy nad puszczą zawisł pękaty księżyc, ów piekielnik wynurzył się z mroku i z chytrym uśmiechem zbliżył do Białoskrzydłego, który siedział na pniu dębu powalonego przez wicher, wsłuchany w żałosne nawoływania puszczyka.
— Ej, skrzydlaty druhu — odezwał się z drwiną w głosie — czy naprawdę wierzysz, że ten twój ulubieniec jest inny niż reszta ludzi? Zapewniam cię, że dla worka złotych dukatów zrobi wszystko, co mu nakażę…
Białoskrzydły, słysząc szydercze słowa czarta, uniósł głowę i spojrzał na niego z powagą, w której pobrzmiewała zarówno łagodność, jak i stanowczość.
— Nie doceniasz ludzi, rogaty bracie — odparł spokojnie. — Serce Bożydara wypełnione jest dobrem, którego nie stłamsisz ani złotem, ani byle kpiną.
Diabeł zachichotał głośno, aż echo poniosło się po puszczy.
— Dobro? Dobro w sercu wiecznie głodnego chłopa? Obiecaj mu sakiewkę pełną dukatów, a sam zobaczysz, jak szybko zapomni o dobru!
Niebiański wysłaniec milczał przez chwilę, jakby rozważał każde słowo, po czym rzekł:
— Niech więc będzie po twojemu, Rogaty. Załóżmy się. Jeśli Bożydar oprze się pokusie i nie przyjmie twego złota w zamian za zły uczynek, oddasz mu coś, co naprawdę odmieni los jego ludu.
Szkarada zmrużyła ślepia, zaintrygowana.
— A cóż takiego miałbym mu dać, skrzydlaty przyjacielu?
— Wskazówkę… — odparł Białoskrzydły. — Zdradzisz mu, gdzie kryje się prawdziwy skarb tych ziem. Nie złoto ani klejnoty, lecz to, co uczyni jego lud silnym i niezależnym - złoża kamienia, z których powstaną kiedyś ciepłe, solidne domy, utwardzone drogi i strzeliste świątynie.
Bies zamyślił się na moment, po czym znów zachichotał, ukazując rząd ostrych jak brzytwa zębów.
— A jeśli przegrasz?
— Wtedy — odparł anioł z ciężkim westchnieniem — będziesz mógł do woli natrząsać się z tych biednych ludzi, a ja opuszczę tę ziemię i nie będę ci więcej przeszkadzał w piekielnych sprawkach.
— Stoi! Przyjmuję zakład! — zawołał z triumfem czarcik. — Zobaczymy, kto z nas lepiej zna ludzkie serce!
Nazajutrz Rogaty przybrał postać pielgrzyma, jakich w owym czasie wielu wędrowało przez te ziemie traktem św. Jakuba, i ruszył ku wiosce. Chłopca spotkał w lesie, na polanie pośród krzewinek brusznicy. Podszedł do niego i uginając się pod ciężarem worka, z którego dobywał się cichy brzęk złotych monet, rzekł z udawaną uprzejmością:
— Witaj, chłopcze! Widzę, żeś pracowity i uczciwy, ale cóż z tego, skoro bieda cię gryzie? Masz jednak szczęście! Przyrzekłem św. Jakubowi, że wyzbędę się części swego majątku na rzecz ubogich i w ten sposób odkupię grzechy.
Po tych słowach rozwiązał worek, a złote dukaty z brzękiem wysypały się na ziemię między kępy brusznicy. Błyszczały w słońcu tak pięknie, że Bożydar aż oniemiał z zachwytu.
— Weź je, biedaku. Odtąd należą do ciebie — zaskrzeczał czart. — Możesz kupić za nie wszystko, czego zapragniesz: nową chatę, konie, pola, służbę. Jest tylko jeden warunek — nie wolno ci podzielić się tym bogactwem z nikim. To twoje złoto i tylko twoje!
Chłopak zamarł, wpatrując się w lśniące monety. Gdyby je przyjął, mógłby spełnić wszystkie swoje marzenia, a nawet przetrząsnąć puszczę w poszukiwaniu legendarnego skarbu, o którym smerdowie szeptali od pokoleń.
Pokusa była wielka. Jak łatwe stałoby się życie, gdyby przyjął podarek. Lecz czy byłby szczęśliwy, nie mogąc podzielić się nim z innymi? W tej samej chwili przed oczami stanęli mu rodzice — zmęczeni, głodni, skuleni z zimna w dziurawej chacie.
— Nie chcę takiego bogactwa — powiedział cicho i odsunął się od kupy monet. — Co mi po złocie, którym nie mogę się z nikim dzielić?
Czart zrozumiał, że przegrał i musi dotrzymać słowa danego Białoskrzydłemu. Zasyczał wściekle, uderzył kopytem w ziemię i rozpłynął się w powietrzu niby mgła. Znikły również złote dukaty.
Pewnie Bożydar uznałby, że wszystko mu się przyśniło, gdyby nie głęboka dziura po diabelskim kopycie. W jej wnętrzu, pod warstwą liści i piaszczystej ziemi, ujrzał skałę o barwie przypominającej złote dukaty.
Smerdowie wkrótce przekonali się, że chłopak odnalazł w puszczy prawdziwy skarb. Początkowo nikt nie wierzył, że ta złotawa skała może się do czegokolwiek przydać. Jednak gdy pierwsza sterta kamieni wydobyta spod ziemi posłużyła ojcu Bożydara do wzniesienia solidnej chaty, wszyscy zrozumieli, że to wielki dar niebios. Zaczęli więc w pocie czoła wydobywać piaskowiec, a echo uderzeń kilofów i młotów niosło się po całej dolinie.
Wieść o niezwykłym budulcu szybko rozeszła się po okolicy. Przybywali ludzie z sąsiednich wiosek, a nawet z odległych grodów, by zobaczyć, jak smerdowie wznoszą domy odporne na wiatr i ogień. Kamień z puszczy zaczęto wykorzystywać nie tylko do budowy chat, lecz także kościołów, murów obronnych i dróg. Snycerze i kamieniarze odkryli, że materiał ten jest miękki w obróbce, a zarazem trwały, więc zaczęli z niego rzeźbić figury świętych, ozdoby i krzyże przydrożne.
Z czasem smerdowie, dzięki bogactwu wydobywanemu spod ziemi, uwolnili się spod władzy okrutnego możnowładcy. Sami sprzedawali kamień, a za zarobione pieniądze kupowali narzędzia, bydło i sól. Choć ciężko pracowali, czynili to z radością, bo wiedzieli, że ich trud służy im samym i ich potomkom.
Białoskrzydły, spoglądając z wysoka, jak mieszkańcy wioski z dnia na dzień rosną w siłę i jedność, uśmiechał się z zadowoleniem.
— Pozostała tylko jeszcze jedna sprawa do załatwienia — rzekł pewnego dnia, przelatując obok dworku dziedzica.
Przysiadł na dzwonnicy i rozhuśtał dzwon. Ale cóż to? Za sprawą dotyku anielskiego skrzydła stał się cud: zamiast smutnego: dang, dang..., rozległo się wesołe: dyna, dyna...
Ludzie, słysząc radosny dźwięk dzwonu, uznali to za znak błogosławieństwa. Od tej pory, gdy dzwon rozbrzmiewał nad doliną, smerdowie przerywali pracę, by spojrzeć w niebo i podziękować Bogu za dar, który odmienił ich los.
Z biegiem lat zaczęto nazywać wioskę Smerdyną. Nazwa ta powstała z połączenia dwóch słów: „smerd” - oznaczającego prostego człowieka, i „dyna” - od wesołego dźwięku dzwonu.
Lecz nie tylko anioł miał wgląd w los naszego bohatera. Od dawien dawna w puszczy żył diabeł, który, przysiadując na omszałych głazach, konarach drzew lub przy rozstajach dróg, drwił z ludzkich słabości. Nie była to jednak istota na wskroś przesiąknięta złem, jak inne biesy z piekła rodem, lecz raczej niegroźny, psotny czart, znajdujący upodobanie w droczeniu z Białoskrzydłym. Ich spotkania zawsze kończyły się sprzeczką, bo choć znali się od zarania dziejów, różnili się jak dzień i noc. Podczas gdy anioł z troską pochylał się nad losem Bożydara i jego pobratymców, diabeł z przekąsem naśmiewał się z ich niedoli.
Pewnego wieczoru, gdy nad puszczą zawisł pękaty księżyc, ów piekielnik wynurzył się z mroku i z chytrym uśmiechem zbliżył do Białoskrzydłego, który siedział na pniu dębu powalonego przez wicher, wsłuchany w żałosne nawoływania puszczyka.
— Ej, skrzydlaty druhu — odezwał się z drwiną w głosie — czy naprawdę wierzysz, że ten twój ulubieniec jest inny niż reszta ludzi? Zapewniam cię, że dla worka złotych dukatów zrobi wszystko, co mu nakażę…
Białoskrzydły, słysząc szydercze słowa czarta, uniósł głowę i spojrzał na niego z powagą, w której pobrzmiewała zarówno łagodność, jak i stanowczość.
— Nie doceniasz ludzi, rogaty bracie — odparł spokojnie. — Serce Bożydara wypełnione jest dobrem, którego nie stłamsisz ani złotem, ani byle kpiną.
Diabeł zachichotał głośno, aż echo poniosło się po puszczy.
— Dobro? Dobro w sercu wiecznie głodnego chłopa? Obiecaj mu sakiewkę pełną dukatów, a sam zobaczysz, jak szybko zapomni o dobru!
Niebiański wysłaniec milczał przez chwilę, jakby rozważał każde słowo, po czym rzekł:
— Niech więc będzie po twojemu, Rogaty. Załóżmy się. Jeśli Bożydar oprze się pokusie i nie przyjmie twego złota w zamian za zły uczynek, oddasz mu coś, co naprawdę odmieni los jego ludu.
Szkarada zmrużyła ślepia, zaintrygowana.
— A cóż takiego miałbym mu dać, skrzydlaty przyjacielu?
— Wskazówkę… — odparł Białoskrzydły. — Zdradzisz mu, gdzie kryje się prawdziwy skarb tych ziem. Nie złoto ani klejnoty, lecz to, co uczyni jego lud silnym i niezależnym - złoża kamienia, z których powstaną kiedyś ciepłe, solidne domy, utwardzone drogi i strzeliste świątynie.
Bies zamyślił się na moment, po czym znów zachichotał, ukazując rząd ostrych jak brzytwa zębów.
— A jeśli przegrasz?
— Wtedy — odparł anioł z ciężkim westchnieniem — będziesz mógł do woli natrząsać się z tych biednych ludzi, a ja opuszczę tę ziemię i nie będę ci więcej przeszkadzał w piekielnych sprawkach.
— Stoi! Przyjmuję zakład! — zawołał z triumfem czarcik. — Zobaczymy, kto z nas lepiej zna ludzkie serce!
Nazajutrz Rogaty przybrał postać pielgrzyma, jakich w owym czasie wielu wędrowało przez te ziemie traktem św. Jakuba, i ruszył ku wiosce. Chłopca spotkał w lesie, na polanie pośród krzewinek brusznicy. Podszedł do niego i uginając się pod ciężarem worka, z którego dobywał się cichy brzęk złotych monet, rzekł z udawaną uprzejmością:
— Witaj, chłopcze! Widzę, żeś pracowity i uczciwy, ale cóż z tego, skoro bieda cię gryzie? Masz jednak szczęście! Przyrzekłem św. Jakubowi, że wyzbędę się części swego majątku na rzecz ubogich i w ten sposób odkupię grzechy.
Po tych słowach rozwiązał worek, a złote dukaty z brzękiem wysypały się na ziemię między kępy brusznicy. Błyszczały w słońcu tak pięknie, że Bożydar aż oniemiał z zachwytu.
— Weź je, biedaku. Odtąd należą do ciebie — zaskrzeczał czart. — Możesz kupić za nie wszystko, czego zapragniesz: nową chatę, konie, pola, służbę. Jest tylko jeden warunek — nie wolno ci podzielić się tym bogactwem z nikim. To twoje złoto i tylko twoje!
Chłopak zamarł, wpatrując się w lśniące monety. Gdyby je przyjął, mógłby spełnić wszystkie swoje marzenia, a nawet przetrząsnąć puszczę w poszukiwaniu legendarnego skarbu, o którym smerdowie szeptali od pokoleń.
Pokusa była wielka. Jak łatwe stałoby się życie, gdyby przyjął podarek. Lecz czy byłby szczęśliwy, nie mogąc podzielić się nim z innymi? W tej samej chwili przed oczami stanęli mu rodzice — zmęczeni, głodni, skuleni z zimna w dziurawej chacie.
— Nie chcę takiego bogactwa — powiedział cicho i odsunął się od kupy monet. — Co mi po złocie, którym nie mogę się z nikim dzielić?
Czart zrozumiał, że przegrał i musi dotrzymać słowa danego Białoskrzydłemu. Zasyczał wściekle, uderzył kopytem w ziemię i rozpłynął się w powietrzu niby mgła. Znikły również złote dukaty.
Pewnie Bożydar uznałby, że wszystko mu się przyśniło, gdyby nie głęboka dziura po diabelskim kopycie. W jej wnętrzu, pod warstwą liści i piaszczystej ziemi, ujrzał skałę o barwie przypominającej złote dukaty.
Smerdowie wkrótce przekonali się, że chłopak odnalazł w puszczy prawdziwy skarb. Początkowo nikt nie wierzył, że ta złotawa skała może się do czegokolwiek przydać. Jednak gdy pierwsza sterta kamieni wydobyta spod ziemi posłużyła ojcu Bożydara do wzniesienia solidnej chaty, wszyscy zrozumieli, że to wielki dar niebios. Zaczęli więc w pocie czoła wydobywać piaskowiec, a echo uderzeń kilofów i młotów niosło się po całej dolinie.
Wieść o niezwykłym budulcu szybko rozeszła się po okolicy. Przybywali ludzie z sąsiednich wiosek, a nawet z odległych grodów, by zobaczyć, jak smerdowie wznoszą domy odporne na wiatr i ogień. Kamień z puszczy zaczęto wykorzystywać nie tylko do budowy chat, lecz także kościołów, murów obronnych i dróg. Snycerze i kamieniarze odkryli, że materiał ten jest miękki w obróbce, a zarazem trwały, więc zaczęli z niego rzeźbić figury świętych, ozdoby i krzyże przydrożne.
Z czasem smerdowie, dzięki bogactwu wydobywanemu spod ziemi, uwolnili się spod władzy okrutnego możnowładcy. Sami sprzedawali kamień, a za zarobione pieniądze kupowali narzędzia, bydło i sól. Choć ciężko pracowali, czynili to z radością, bo wiedzieli, że ich trud służy im samym i ich potomkom.
Białoskrzydły, spoglądając z wysoka, jak mieszkańcy wioski z dnia na dzień rosną w siłę i jedność, uśmiechał się z zadowoleniem.
— Pozostała tylko jeszcze jedna sprawa do załatwienia — rzekł pewnego dnia, przelatując obok dworku dziedzica.
Przysiadł na dzwonnicy i rozhuśtał dzwon. Ale cóż to? Za sprawą dotyku anielskiego skrzydła stał się cud: zamiast smutnego: dang, dang..., rozległo się wesołe: dyna, dyna...
Ludzie, słysząc radosny dźwięk dzwonu, uznali to za znak błogosławieństwa. Od tej pory, gdy dzwon rozbrzmiewał nad doliną, smerdowie przerywali pracę, by spojrzeć w niebo i podziękować Bogu za dar, który odmienił ich los.
Z biegiem lat zaczęto nazywać wioskę Smerdyną. Nazwa ta powstała z połączenia dwóch słów: „smerd” - oznaczającego prostego człowieka, i „dyna” - od wesołego dźwięku dzwonu.
Alicja Jonasz
"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak
"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak
- eka
- Posty: 18869
- Rejestracja: 30 mar 2014, 10:59
O smerdyńskim skarbie
Przylega imię bohatera do etymologii, prawdziwy z niego boży dar.
Piękna legenda, Alicjo. Szacun, z przyjemnością przeczytałam.

Piękna legenda, Alicjo. Szacun, z przyjemnością przeczytałam.

- Alicja Jonasz
- Posty: 1825
- Rejestracja: 24 kwie 2012, 09:01
- Płeć:
O smerdyńskim skarbie
po dziś dzień w Smerdynie są ruiny dworku i dzwonnicy, a także kamieniołomy 
Alicja Jonasz
"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak
"A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy"
Tadeusz Woźniak