Na początku wiosny 2020 roku zamknięto Polaków w domach w związku z ogólnoświatową pandemią koronawirusa COVID-19. Naukę w szkołach zawieszono, potem wprowadzono zdalne nauczanie. Wartość wchłanianej wiedzy przez uczniów i ich prawdziwa frekwencja na takich zajęciach okazała się tak „duża”, że na koniec roku szkolnego 2019/2020 gwałtownie wzrosła zdawalność do wyższych klas. Aby nie otrzymać promocji, uczeń musiał naprawdę się postarać. Papier wszystko przyjmie…
Dorosłym nakazano zagnieżdżenie się w domach. Rozporządzeniem ówczesnych władz państwa wolno było wyjść tylko do pracy i w celu zrobienia zakupów w sklepach, zachowując przy tym ostrożność i z obowiązkową maseczką na twarzy.
Kto lubił przesiadywać w domu i gapić się tylko w telewizor, a jednocześnie był „władcą pilota tv”, ten zbytnio nie narzekał. Dla mojego stylu życia to była tragedia – mój wierny welocyped stał bezużyteczny, zamknięto siłownię UP, z której korzystałem od końca roku 2019, korzystanie z lasów i parków też zostało zakazane. To ostatnie było najgłupsze – czyżby wcześniej w lasach przewalały się tłumy ludzi, jak popołudniową porą na głównej promenadzie w mieście?!
Zwiększyłem częstotliwość wychodzenia na zakupy do okolicznych sklepów, kursowałem okrężnymi drogami – ale było to tylko marną namiastką aktywności fizycznej. Nie mogłem nawet wyjść do pracy, gdyż nauczałem uczniów zdalnie. Jednak „Polak potrafi” – po tygodniu lockdownu wyciągnąłem rower i zacząłem jeździć na zakupy w dużym markecie przylegającym do miejskiego lasku. W czasach przedcovidowych znajdował się w odległości ledwie 2 kilometrów marszu chodnikiem lub jazdy ulicą od mojego miejsca zamieszkania. Po wprowadzeniu nakazu „siedzenia w domu” nagle polubiłem dojazd rowerem okrężną drogą przez ten lasek. Trasa wydłużyła się kilkakrotnie, ale zdecydowałem się na tę niedogodność. Coś trzeba było przecież jeść, a niespodziewanie polubiłem produkty, które były w tym markecie, a nie w bliżej położonych sklepach.
Pierwsze kilka kursów przez lasek wykonałem z obawą. Nie chciałem płacić mandatu „za wykroczenie nielegalnego przebywania w lesie i możliwość zarażenia”. Nie wiem, od kogo miałem się w nim zarazić lub kogoś zarazić, gdyż tylko raz spotkałem innego człowieka; minęliśmy się kilka metrów od siebie i mieliśmy na twarzach obowiązkowe maseczki. Przyjąłem a priori, że od drzew się nie zarażę covidem, więc zacząłem coraz śmielej korzystać z tej drogi dojazdu do marketu; zwłaszcza że ani razu nie natrafiłem na patrol policji czy straży miejskiej.
Po tygodniu zaznajamiania się z praktyką przestrzegania lockdownu w przestrzeni publicznej, postanowiłem spróbować dłuższej wycieczki rowerowej. Ileż można jeździć w kółko ledwie kilka kilometrów?! Wybrałem wolny dla mnie dzień od nauki zdalnej i przedpołudniową porą udałem się w kierunku południowym od miasta. Dzień był, jak na wczesną wiosnę, naprawdę ciepły, słoneczny. Po przejechaniu kilku kilometrów leśnymi duktami wyjechałem na lokalną szosę. „Jechać dalej i ryzykować czy wrócić między drzewa? – przemknęła mi myśl. – Ale taki piękny dzień, ludzi nie ma… Jak trafię na patrol, to… może coś wymyślę. Jadę dalej!”.
Pojechałem. Stęskniony byłem dłuższej jazdy i wolnej przestrzeni, więc po każdych kilku przejechanych kilometrach bez kontaktu z umundurowaną służbą sam siebie namawiałem „nikogo nie widać, więc jeszcze tylko kawałek, tak się fajnie jedzie”. Rzadko się sam z sobą kłóciłem; dla zgody naciskałem nadal na pedały welocypedu.
Miałem naprawdę szczęście – nie napotykając żadnych „strażników lockdownu” dojechałem aż do drogi krajowej przed rogatkami Chełmna. „Wystarczy! Nie nadużywaj szczęścia, bo jest kapryśne i może się odwrócić! Wracamy już do domu” – sam sobie pogroziłem w myśli. Z lekką obawą musiałem przejechać półtora kilometra poboczem drogi krajowej, aby obrać powrotny kierunek inną lokalną drogą, równoległą do przebytej. „Powrót tą samą trasą niegodne jest cyklisty. Może teraz mundurowi mają przerwę na wczesny obiad i spokojnie przejadę aż do domu? – podbudowałem się tą nadzieją, zwłaszcza że dotąd nie natknąłem się na ich patrol.
Jednak szczęście nadal mnie sprzyjało. Przejechałem kolejne kilkanaście kilometrów, minąłem miejscowości o ciekawych nazwach: Górne Wymiary oraz Dolne Wymiary, dojeżdżałem już do Podwieska. „Jeszcze z dziesięć kilosów i w domu… ma się to szczęś… – w momencie,. kiedy ta przyjemna myśl przemknęła mi przez głowę, nie dane było jej dokończyć. – Sacrebleu!”.
Na prostym odcinku podjazdu, sto metrów przede mną zobaczyłem stojący samochód policyjny i policjanta po drugiej strony szosy, patrzącego w moim kierunku. „Kurde, nie mógł odwrócić głowy w drugą stronę?! Teraz jak zawrócę, to mogą za mną pojechać. Na policjantów taki ruch działa jak na psa ucieczka człowieka – gwałtowne myśli przemykały przez moją głowę. – Od razy włącza im się instynkt łowiecki. Co robić? Lepiej dalej jechać. Jak zatrzymają, coś na poczekaniu wymyślę. Przecież mam to, to pod kopułką nie od parady. Tyle razy już mnie ratowało. Daję mu ciągle papu, niech znowu zapracuje na nie ”.
Nie zmieniłem kierunku jazdy, tylko naciągnąłem obowiązkową maseczkę na twarz. Przejeżdżając obok stojącego policjanta patrzyłem przed siebie, jakbym go w ogóle nie zauważył. Tak postępuje porządny użytkownik drogi publicznej – jeśli służbista nie macha lizakiem, to trzeba obserwować szosę przed sobą, a nie rozglądać się na boki. Byłem w tym momencie bardzo porządny…
Policjant nie machnął lizakiem; minąłem go i pojechałem dalej. Zerknięcie we wsteczne lusterko rowerowe pozwoliło mi na głębokie westchnienie ulgi – policjant z auta machnął ręką. Odebrałem ten niewerbalny znak jako „puść go”. No! Wśród policjantów są też ludzie!
Szczęścia jednak wolałem nie nadużywać. To kapryśna pani. Za pierwszym zakrętem skręciłem w stronę Wisły i pozostałą część trasy do Grudziądza przejechałem już przeciwpowodziowym wałem.
Ten dzień zaliczyłem do szczęśliwych.
-----------
*fragment z czegoś nowo pisanego
-
- Nasze rekomendacje
-
-
Są rzeczy, o których wiemy, że je wiemy. Są rzeczy, o których wiemy, że ich nie wiemy. Ale są też rzeczy, o których nie wiemy, że ich nie wiemy.
Donald Rumsfeld
UWAGA!
JEŻELI JESTEŚ ZAREJESTROWANYM UŻYTKOWNIKIEM I MASZ PROBLEM Z LOGOWANIEM, NAPISZ NAM O TYM W MAILU.
admin@osme-pietro.pl
PODAJĄC W TYTULE "PROBLEM Z LOGOWANIEM"
-
- Słup ogłoszeniowy
-
-
Nasza Użytkowniczka Baska.S94 wydała swoją długo zapowiadaną powieść pt. "Echo obcych wspomnień".
15 maja w Bibliotece Publicznej w niewielkiej miejscowości Boleszkowice w zachodniopomorskim odbędzie się jej pierwsza prezentacja połączona z wieczorem autorskim.
Wszystkich chętnych serdecznie zapraszamy. Więcej informacji, w tym o możliwości zakupu książki znajdziecie tutaj.
PYTANIE DO WSZYSTKICH.
CZY KTOŚ MA POMYSŁ NA SENTENCJĘ MIESIĄCA?
Więcej informacji
JAK SIĘ PORUSZAĆ POMIĘDZY FORAMI? O tym dowiesz się stąd.